Przeszłam przez drzwi obrotowe i znalazłam się w lobby Paynefire dziesięć minut przed dziewiątą następnego ranka. Chciałam zrobić jak najlepsze wrażenie pierwszego dnia w nowej pracy, dlatego zdecydowałam się na prostą, dopasowaną sukienkę i czarne czółenka, na które w windzie szybko zamieniłam moje wygodne płaskie baleriny. Blond włosy miałam upięte w wyszukany kok przypominający ósemkę, rezultat fryzjerskich talentów Cary’ego. Zawsze byłam niezdarna, jeśli chodzi o układanie włosów, ale Cary ma do tego prawdziwą smykałkę i potrafi stworzyć na głowie efektowne dzieła sztuki. W uszach błyszczały mi drobne perłowe kolczyki, które dostałam od taty z okazji ukończenia studiów, a na przegubie pysznił się rolex, podarunek od Stantona i matki.
Miałam pewne wątpliwości, czy nie przesadziłam z dbałością o wygląd, ale gdy tylko wkroczyłam do lobby, przypomniałam sobie, jak rozciągnęłam się na podłodze w moich treningowych łachach, i odetchnęłam z ulgą, że w obecnej stylizacji w niczym nie przypominałam tamtej niezdarnej dziewuchy. Wydawało się, że dwóch ochroniarzy, którym machnęłam identyfikatorem, idąc do bramki kontrolnej, nie skojarzyło mnie z wczorajszym incydentem.
Dwadzieścia pięter później znalazłam się w holu Waters Field & Leaman. Przede mną wznosiła się ściana z kuloodpornego szkła, a w niej podwójne drzwi, które prowadziły do recepcji. Recepcjonistka siedząca przy biurku w kształcie półksiężyca zauważyła, jak macham moją kartą przed szybą. Nacisnęła przycisk i drzwi się otworzyły. Schowałam identyfikator z powrotem.
– Cześć, Megumi – powitałam ją, wchodząc do środka i chwaląc jej bluzkę w kolorze żurawiny. Dziewczyna była bardzo ładna, o oryginalnej mieszanej urodzie, z pewnością z kroplą azjatyckiej krwi. Miała błyszczące, gęste ciemne włosy, obcięte w stylu chanelowskim, krócej z tyłu, z przodu sięgające do podbródka, piwne oczy w kształcie migdałów emanujące ciepłem, a usta pełne i naturalnie zaróżowione.
– Sam, cześć. Harrego jeszcze nie ma, ale wiesz, gdzie jest twoje biurko, prawda?
– Oczywiście. – Machnęłam jej i ruszyłam korytarzem na lewo od recepcji do samego końca, gdzie znów skręciłam w lewo. Dotarłam do biura zajmującego jedno wielkie pomieszczenie z wydzielonymi boksami, z których jeden był mój.
Podeszłam do funkcjonalnego metalowego biurka, wrzuciłam torebkę oraz siatkę z płaskimi butami do dolnej szuflady, po czym włączyłam komputer. Przyniosłam ze sobą kilka drobiazgów, żeby nadać otaczającej mnie przestrzeni bardziej osobisty charakter. Wśród nich znajdował się oprawiony w ramkę zestaw trzech zdjęć – na pierwszym ja z Carym na plaży w Coronado, na drugim mama i Stanton na jachcie na Lazurowym Wybrzeżu, na trzecim tata w radiowozie podczas służby w City of Oceanside, w Kalifornii. Oprócz tego wyciągnęłam z torby barwną kompozycję szklanych kwiatów, prezent od Cary’ego z okazji pierwszego dnia w pracy. Postawiłam je obok ramki ze zdjęciami i odchyliłam się, żeby ocenić efekt.
– Dzień dobry, Sam.
Podniosłam się z krzesła i stanęłam na wprost mojego szefa.
– Dzień dobry, panie Styles.
– Proszę, mów do mnie Harry. Zapraszam do gabinetu.
Podążyłam za nim korytarzem, myśląc sobie po raz kolejny, że ze swoją lśniącą ciemną skórą, starannie przyciętą bródką i śmiejącymi się piwnymi oczami mój szef był miłym dla oka mężczyzną. Miał kwadratową szczękę i uroczo szelmowski uśmiech. Wysportowany i trzymający się prosto, kroczył z dyskretną pewnością siebie, budzącą zaufanie i szacunek.
Wskazał na jedno z siedzisk przed szklano-metalowym biurkiem i poczekał, aż usiądę, zanim usadowił się w swoim bajeranckim fotelu. Na tle nieba pociętego drapaczami chmur Harry wyglądał na zrealizowanego i wszechmogącego. W rzeczywistości był tylko junior account managerem, a jego gabinet to była nędzna garderoba w porównaniu z tymi, które zajmowali dyrektorzy i kierownicy, ale widok i tak robił wrażenie.
Teraz pochylił się do przodu i uśmiechnął.
– Zadomowiłaś się już w nowym mieszkaniu?
Zaskoczył mnie tym pytaniem i było mi bardzo miło, że pamiętał. Poznałam go podczas drugiego etapu rekrutacji i od razu polubiłam.
– W zasadzie tak – odparłam. – Wciąż jeszcze kilka pudeł poniewiera się tu i tam.
– Przeprowadziłaś się z San Diego, prawda? Miłe miasto, ale bardzo różne od Nowego Jorku. Tęsknisz za palmami?
– Tęsknię za suchym klimatem. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tutejszego wilgotnego powietrza.
– Poczekaj, aż lato walnie z pełną siłą. – Uśmiechnął się. – A więc... to twój pierwszy dzień w pracy i jesteś moją pierwszą asystentką, więc będziemy musieli wszystko sobie ułożyć z biegiem czasu. Nie byłem dotąd przyzwyczajony do przekazywania obowiązków, ale mam nadzieję, że szybko wejdzie mi to w krew.
Od razu poczułam się swobodniej.
– Z wielką chęcią przejmę te obowiązki.
– Współpraca z tobą jest dla mnie dużym krokiem naprzód, Sam. Mam nadzieję, że będzie ci się tutaj podobało. Pijesz kawę?
– To podstawa mojej codziennej diety.
– Ach, asystentka o podobnych upodobaniach! – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Nie będę cię prosił o podawanie kawy, ale przydałaby mi się twoja pomoc, żeby rozgryźć, jak działają te nowe ekspresy, które ustawili w kafeterii.
Uśmiechnęłam się.
– Nie ma sprawy.
– Szkoda, że w tej chwili nie mam dla ciebie nic innego do roboty. – Potarł się po karku z zakłopotaną miną. – Ale może pokażę ci kontrakty reklamowe, nad którymi obecnie pracuję, i razem coś z tym zrobimy?
Niewiele pamiętam z reszty dnia, wszystko działo się tak szybko. Harry skontaktował się z dwoma klientami, po czym odbył długie spotkanie z zespołem kreatywnym pracującym nad pomysłami wypromowania szkoły biznesu. Z zafascynowaniem obserwowałam z bliska, jak różne działy przekazują sobie pałeczkę, by poprowadzić kampanię od początku do końca. Chciałam nawet zostać trochę dłużej, by lepiej zaznajomić się z rozkładem biura, ale mój telefon zadzwonił pięć minut przed piątą.
– Biuro Harrego Stylesa. Sam Brown przy telefonie.
– Rusz łaskawie swój tyłek do domu, żebyśmy mogli pójść na tego drinka, którego obiecałaś mi wczoraj.
Udawana powaga w głosie Cary’ego wywołała uśmiech na mojej twarzy.
– Dobra, dobra, już.
Wyłączyłam komputer i uporządkowałam biurko. Gdy dotarłam do wind, wyciągnęłam komórkę, by wysłać Cary’emu wiadomość: „jestem w drodze”. Dzwonek poinformował mnie, która winda zatrzyma się na moim piętrze. Podeszłam więc tam i ponownie skupiłam się na telefonie, by wysłać wiadomość. Kiedy drzwi windy się otworzyły, ze wzrokiem wciąż wbitym w ekran komórki zrobiłam krok do przodu. Rozkojarzona podniosłam głowę i... mój wzrok spotkał się ze szmaragdami jego oczu. Wstrzymałam oddech.
Jedynym pasażerem w windzie był bóg seksu.
-----------------------------
Okej możecie mnie zabić za to że nic nie dodawałam, nie chce wymyślać dlatego powiem że nie miałam weny i jestem leniwa, mam nadzieje że mi wybaczycie xx
Ale niespodzianka:D mam nadzieje ze nastepny rozdzial pojawi sie szybciej! Pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńJESZCZE W TYM TYGODNIU XX
UsuńAle fajnie :D
UsuńFajny rozdział:)
OdpowiedzUsuńDZIĘKUJE :)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTo kiedy pojawi się ten rozdział?
OdpowiedzUsuńHalo rozdziale
OdpowiedzUsuńEkhem.... czekamy ;-;
OdpowiedzUsuń