PRZEPRASZAM ALE SĄDZĘ ŻE PISANIE TEGO BLOGA DALEJ NIE MA SENSU. TO JEST BARDZO CZASOCHŁONNE A EFEKTÓW NIE MA BO CZYTA GO TYLKO 4-5 OSÓB... TAK WIĘC JAK NA RAZIE ZAWIESZAM BLOGA.
Other - Liam Payne Fanfiction
piątek, 16 maja 2014
sobota, 10 maja 2014
Rozdział 6
Następnego rana powitało mnie lekkie pulsowanie z tyłu głowy, jakby kpiące ze mnie za wypicie tego jednego kieliszka za dużo. Jadąc windą na dwudzieste piętro, nie wyrzucałam sobie kaca tak bardzo, jak powinnam. Do wyboru miałam bowiem danie sobie w gardło lub randkę z wibratorem, która skończyłaby się najpewniej dostarczonym przez baterię orgazmem wywołanym fantazjami z Panem Mrocznym i Niebezpiecznym w roli głównej. Nie żeby miał się w jakiś sposób dowiedzieć albo żeby w ogóle obchodziło go, że tak mnie rozpalał, ale ja to wiedziałam i nie zamierzałam poddawać się fantazjom o nim.
Wrzuciłam swoje rzeczy do dolnej szuflady biurka i sprawdziwszy, że Harrego jeszcze nie ma, wróciłam z kubkiem kawy do boksu, by nadrobić zaległości na ulubionych blogach reklamowo-biznesowych.
- Sam!
Aż podskoczyłam, gdy nagle pojawił się koło mnie z szerokim uśmiechem odznaczającym się śnieżną bielą na twarz.
- Dzień dobry, Harry.
- A żebyś wiedziała, że doby. Chyba przynosisz mi szczęście. Chodź do mnie proszę i weź swój tablet. Możesz dzisiaj zostać dłużej?
Podążyłam za nim, zarażając się jego entuzjazmem.
- Pewnie.
- Miałem nadzieję, że to powiesz. - Zanurzył się w swym fotelu.
Usadowiłam się na tym samym krześle, które wybrałam wczoraj i szybko otworzyłam program tekstowy.
- A więc - zaczął - otrzymaliśmy zapytanie o ofertę od Kingsman Vodka i wyraźnie wymienili moje nazwisko. Pierwszy raz ktoś zasugerował, że chce pracować właśnie ze mną.
- Gratulacje!
- To miłe z twojej strony, ale zachowajmy pochwały do czasy, gdy faktycznie dostaniemy kontrakt. Kiedy już przedstawimy im naszą propozycję i tak będziemy musieli brać udział w przetargu. Chcą spotkać się ze mną jutro wieczorem.
- Łał. Czy to standardowa procedura?
- Nie. Zwykle czekają, aż przygotujemy i złożymy ofertę, zanim zaaranżują spotkanie. Kingsman Vodka została nie dawno przejęta przez Payne Industries, giganta sprawującego kontrolę nad dziesiątkami zależnych firm. Jeśli nam się uda, możemy nie źle na tym zarobić. Oni dobrze o tym wiedzą, dlatego chcą, żebyśmy tańczyli jak nam zagrają. Pierwszy etap to spotkanie ze mną.
- Nad przygotowaniem oferty pracuje cały zespół, prawda?
- Tak, prezentujemy pomysły jako grupa. Ale oni znają reguły gry. Wiedzą, że po tym, jak nasz dyrektor kreatywny roztoczy przed nimi piękną wizję kampanii, właściwą robotę będzie faktycznie wykonywał dla nich młodszy specjalista. Kto taki jak ja. Chcąc mnie po prostu wcześniej przetestować, zanim podejmą z nami współpracę. Poza tym muszę oddać im tę sprawiedliwość, że ich zapytanie o ofertę obfituje w informacjach, co oszczędza mi mnóstwo pracy, jeśli chodzi o przygotowania. Naprawdę nie mogę zarzucić im, że ich wymagania są zbyt wygórowane. Są tylko skrupulatni. To standardowe postępowanie, gdy masz do czynienia z takimi rekinami jak Cross Industries.
Przejechał dłonią po długich, zakręconych włosach zdradzając tym gestem presję jaka czuł.
- Co sądzisz o Kingsman Vodka?
- Uhm... No cóż... Szczerze mówiąc, nigdy o nich nie słyszałam.
Harry opadł na oparcie fotela i zaśmiał się.
- Dzięki Bogu. Już myślałem, że jestem jedyny. No cóż, dobrą stroną jest to, że nie mają złej prasy z którą trzeba by walczyć. Brak informacji to czasami najlepsza informacja.
- Więc w czym mam ci pomóc? Oprócz zdobycia informacji na temat rynku wódki i gotowości, by zostać po godzinach?
Myślał przez chwile zagryzając wargi.
- Dobrze zanotuj następujące rzeczy...
Pracowaliśmy nieprzerwanie, odpuszczając sobie lunch i siedzieliśmy nad projektem jeszcze długo po tym jak budynek opustoszał, analizując wstępne dane przygotowane przez dział strategii. Było kilka minut po siódmej, gdy ze skupienia wyrwał mnie dźwięk telefonu Harrego, który zakłócił ciszę uśpionego biura. Nie przerywając pracy, Harry włączył funkcję głośnomówiącą.
- Cześć, najdroższy.
- Czy ty w ogóle nakarmiłeś to biedactwo? - odezwał się ciepły męski głos po drugiej stronie słuchawki.
Harry zerknął na mnie przesz szklaną ścianę biura ze zmieszaną miną.
- Oj... zapomniałem.
Szybko odwróciłam wzrok, przygryzając wargę żeby powstrzymać chichot. Z telefonu wydobyło się wyraźnie prychnięcie.
- To dopiero jej drugi dzień, a ty każesz jej harować jak wół i do tego ją głodzisz. Zobaczysz tylko czekać aż zrezygnuje.
- Cholera, masz rację. Louis kochanie...
- Przestań mi tu słodzić. Myślisz, że lubi chińszczyznę?
Podniosłam kciuki do góry na co Harry uśmiechnął się.
- Myślę że tak.
- Dobrze. Będę u was za dwadzieścia minut, daj znać ochronie, żeby mnie wpuścili.
Niemal dokładnie dwadzieścia minut później prowadziłam Louisa Tomlinsona przez poczekalnię do naszej części biura. Był szczupłym mężczyzną, miał na sobie ciemne dżinsy, zdarte robociarskie buty i starannie wyprasowaną koszulę, Brązowowłosy, ze śmiejącymi się niebieskimi oczami, był równie przystojny jak jego partner, tyle że w zupełnie inny sposób. Rozsiedliśmy się całą trójką wokół biurka Harrego. Wyłożyliśmy na papierowe tacki kurczaka kung pao i wołowinę z brokułami, dodaliśmy kleisty biały ryż i zaatakowaliśmy to pałeczkami. Dowiedziałam się że Louis był przedsiębiorcą budowlanym. Wraz z Harrym stanowili parę od czasów college'u. Obserwując jak odnoszą się do siebie, czułam podziw i lekkie ukłucie zazdrości. Ich związek wydawał się funkcjonować tak fantastycznie, że spędzanie czasu w ich towarzystwie było prawdziwą przyjemnością.
- Niech mnie diabli, dziewczyno! - Louis aż gwizdnął ze zdziwienia, gdy sięgnęłam po trzecią dokładkę. - Ty to możesz wtrząchnąć! Gdzie to się podziewa?
Wzruszyłam ramionami.
- Myślę że na siłowni. Może to pomaga...?
- Nie zwracaj na niego uwagi - powiedział Harry, szczerząc zęby. - Louis jest po prostu zazdrosny. Musi uważać na swoją dziewczęcą figurę.
- Do diabła. - Louis wykrzywił się do partnera. - Może powinienem zabrać ją na lunch z załogą. Mógłbym załapać sporo kasy na zakładach z chłopakami, ile ona może zjeść.
Uśmiechnęłam się.
- Mogło by być zabawnie.
- Ha! Od razu wiedziałem, że jesteś ciut zakręcona. Widać to po twoim uśmiechu. - Ze wzrokiem wbitym w jedzenie próbowałam odgonić od siebie wspomnienia jak byłam popieprzona kiedy przechodziłam swoją buntowniczą i samodestrukcyjną fazę.
Harry przyszedł mi z pomocą mówiąc:
- Nie napastuj mojej asystentki. I co ty tak na prawdę wiesz o szalonych kobietach?
- wiem, że niektóre z nich lubią spędzać czas w towarzystwie gejów. Lubią nasz punkt widzenia. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Wiem również parę innych rzeczy, jeśli rozumiecie co mam na myśli... Hej nie bądźcie tacy zaszokowani. Chciałem tylko sprawdzić czy ten seks hetero nie jest za bardzo przereklamowany.
Najwyraźniej dla Harrego była to nowość, ale sądząc po jego drgających wargach był na tyle pewien ich związku że uznał całe to wyznanie za zabawne.
- Ach tak?
- I jak ci się spodobało? - spytałam odważnie.
Louis wzruszył ramionami.
- Nie chce mówić że to jest przereklamowane gdyż bez zwątpienia nie jestem grupą docelową i moja ocena bazuje na ograniczonej próbce, ale z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że nie jest mi to potrzebne do szczęścia.
Uznałam to za dosyć wymowne, że Louis relacjonował swoją historyjkę używając języka marketingowego, którym operował w pracy Harry. Było jasne że wymieniali się doświadczeniami z pracy, mimo że ich dziedziny dzieliły lata świetlne.
- Biorąc pod uwagę twoją obecną sytuacje życiową - powiedział z udawaną powagą Harry, chwytając pałeczkami łodyżkę brokułu - to chyba dobrze dla ciebie.
Gdy skończyliśmy jeść, zrobiła się ósma i do biura wkroczyła ekipa sprzątająca. Harry nalegał, by zamówić mi taksówkę.
- Czy chcesz, żebym jutro przyszła wcześniej? - zapytałam
Louis szturchnął Harrego znacząco.
- Ty na prawdę musiałeś zrobić coś dobrego w poprzednim życiu że zostałeś wynagrodzony taką asystentką.
- Wydaje mi się , że zasłużyłem na nią wytrzymując z tobą w obecnym - odgryzł się Harry.
- O co ci chodzi! - zaprotestował Louis. - Przecież zrobiłeś ze mnie prawdziwego pantofla. Opuszczam nawet deskę klozetową.
Harry posłał w moją stronę udręczające spojrzenie w którym kryły się pokłady czułości dla partnera.
- Mam ci za to wręczyć medal?
------------------------------
Jak pewnie zauważyliście zmieniłam wygląd bloga, mam nadzieje że przypadnie wam on do gustu.
Proszę też żebyście komentowali rozdziały bo w sumie nie wiem czy jest sens pisania dla 2 czy 3 osób.
Dziękuje że czekaliście na moje wypociny i czytacie je to na prawdę wspaniałe uczucie wiedzieć że komuś się to podoba xx
czwartek, 8 maja 2014
Rozdział 5
Świadomy ascetyzm barw jego stroju, surowość srebrnego krawata i chłód śnieżnobiałej koszuli podkreślały niezwykły szmaragdowy kolor jego oczy. Moja reakcja na widok tajemniczego nieznajomego stojącego ze swobodnie odpiętą marynarką i rękami włożonymi nonszalancko do kieszeni była niczym uderzenie w niewidzialną ścianę, która niespodziewanie wyrosła przede mną. Stanęłam jak wryta, nie mogąc oderwać oczu od mężczyzny który wydawał się jeszcze bardziej olśniewający, niż pamiętałam. Nigdy nie widziałam tak wspaniałych włosów. Były lśniące i postawione do góry. Ta seksowna fryzura uzupełnia wizerunek prężnego biznesmena nutką zmysłowości niegrzecznego chłopca, jak cierpka wisienka na słodkim torcie. Jak zwykła mówić moja matka, tylko awanturnicy i bandyci mieli takie włosy. Zacisnęłam dłonie, by powstrzymać nieprzepartą ochotę dotknięcia ich, sprawdzenia, czy były by w dotyku tak jedwabiste jak się zdawało. Drzwi zaczęły się zamykać. Zrobił energiczny krok do przodu i przycisnął przycisk, by przytrzymać je otwarte.
- Zmieścimy się oboje, Sam.
Dźwięk tego zmysłowego nieznoszącego sprzeciwu głosu wyrwał mnie z chwilowego oszołomienia. Skąd znał moje imię?
Kiedy przypomniałam sobie, że wczorajszym zamieszaniu w jego ręce wpadł mój identyfikator. W panice rozważałam, czy nie skłamać, że czekam na kogoś, i nie przepuścić tej windy, ale mój mózg w końcu zaczął pracować. Co się do diabła ze mną działo?
Mężczyzna ewidentnie pracował w tym samym budynku. Nie mogłam robić uników za każdym razem, kiedy na niego wpadłam. I dlaczego w ogóle miała bym to robić? Jeśli będę spotykać go częściej, w końcu nauczę się patrzeć na niego bez emocji i uodpornię się na erotyzm, którym emanował. Z czasem nie będę na niego zwracała większej uwagi niż na meble w lobby.
Ha! To w cale nie było takie proste.
Wkroczyłam do windy.
- Dziękuję - wymamrotałam.
Puścił przycisk i wszedł za mną. Drzwi się zamknęły i ruszyliśmy w dół. Momentalnie pożałowałam, że zdecydowałam się wsiąść razem z nim. Od bliskości jego ciała mrowiła mnie skóra. Miałam wrażenie, że jego siła rozsadza niewielką przestrzeń klatki, w której byliśmy zamknięci. Emanował niemal namacalną energią i takim seksualnym magnetyzmem, że poczułam, jak miękną mi nogi. Mój oddech stał się tak samo nierówny, jak uderzenia serca. Znów poczułam to niewytłumaczalne przyciąganie, jakby promieniował niemym żądaniem, na które instynktownie odpowiadałam.
- Dobrze się pani bawi pierwszego dnia? - zapytał, wprawiając mnie w osłupienie.
Jego głos był dźwięczny, opływał mnie uwodzicielskim rytmem. Skąd, do diabła, wiedział że to mój pierwszy dzień w pracy?
- Na razie tak - odpowiedziałam gładko. - A pan?
Czułam, jak jego wzrok prześlizguję się po moim profilu, ale siłą woli starałam się nie odrywać oczu od aluminiowych drzwi windy. Serce galopowało mi w piersi, w brzuchu trzepotały motyle. Miałam mętlik w głowie.
- No cóż, nie był to w prawdzie mój pierwszy dzień - odpowiedział z rozbawieniem w głosie - ale był całkiem udany. I z każdą chwilą staje się lepszy.
Skinęłam głową i zmusiłam się do uśmiechu, nie mając pojęcia, o co mu mogło chodzić.
Winda przystanęła na dwunastym piętrze, by zabrać trójkę rozprawiających z ożywieniem facetów. Przesunąłem się do tyłu, by zrobić im miejsce, jednocześnie próbując schować się w przeciwległym rogu z dala od Pana Mrocznego i Niebezpiecznego. Tyle, że on podążył za mną. Nagle znalazłam się bliżej niego niż wcześniej. Gdy poprawił perfekcyjnie zawiązany krawat, jego ramię otarło się o mnie. Wciągnęłam głęboko powietrze i udręczona starałam się ignorować jego towarzystwo, próbując skupić się na rozmowie tamtych. Mogłam się nie wysilać. Jego obecność była zbyt namacalna. Stał tuż obok. Cały perfekcyjny, zachwycający i pachnący bosko.
Moje myśli pogalopowały, trzepocząc wokół tego, jak twardy może być ten kawałek jego ciała w dole garnituru. Kiedy winda stanęła na parterze, niemal westchnąłem z ulgi. Czekałam niecierpliwie, aż zrobi się luźniej, i gdy tylko nadarzyła się okazja, ruszyłam do przodu. Wtedy poczułam, jak kładzie dłoń na moim krzyżu i idzie obok sterując mną. Jego dotyk w tak wrażliwym miejscu wywołał dreszcz, który przepłynął przez moje ciało.
Dotarliśmy do bramek i wtedy cofnął dłoń, pozostawiając poczucie dziwnej pustki. Zerknęłam na niego, starając się go rozszyfrować, ale chociaż patrzył wprost na mnie, jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.
- Sam!
Widok Cary'ego, opierającego się swobodnie o marmurową kolumnę w lobby, położył kres tym torturom. Mój przyjaciel miał na sobie dżinsy, eksponujące długie na milę nogi, oraz obszerny sweter w kolorze ciepłej zieleni, który podkreślał jego oczy. Bez trudu przyciągał uwagę mijających go ludzi. Zwolniłam, podchodząc do niego i bóg seksu wyminął nas, przeszedł przez obrotowe drzwi, po czym opadł płynnie na tylne siedzenie zaparkowanego przed budynkiem czarnego bentleya SUV-a, którego już widziałam tutaj poprzedniego dnia. Cary zagwizdał, podążając wzrokiem za limuzyną.
- No, no. Sądząc po maślanych oczach to musiał być facet, o którym mi wczoraj opowiadałaś mam racje?
- O tak, to był zdecydowanie on.
- Pracujecie razem? - Cary chwycił mnie za rękę i pociągnął na ulicę przez boczne wyjście.
- Nie - Przystanęłam na chodniku wśród rzeki przechodniów, by zmienić buty przytrzymując się jego ramienia. - Nie mam pojęcia kim on jest, ale niepokoi mnie, że zapytał o wrażenia z pierwszego dnia w pracy, więc chyba powinnam zrobić małe dochodzenie.
- No cóż... - Cary wyszczerzył zęby w uśmiechu, przytrzymując mnie za łokieć, gdy podskakiwałam niezdarnie na jednej nodze. - Nie wiem, jak ludzie mogą się skupić na pracy, gdy on jest w pobliżu. Aż mi przez chwilę mózg zaskwierczał.
- Wydaje mi się że to powszechna reakcja. - Wyprostowałam się. - Chodźmy. Potrzebuje drinka.
---------------------------------------
czekam na urwanie łba że ciągle na to czekacie
niedziela, 23 lutego 2014
Rozdział 4
Przeszłam przez drzwi obrotowe i znalazłam się w lobby Paynefire dziesięć minut przed dziewiątą następnego ranka. Chciałam zrobić jak najlepsze wrażenie pierwszego dnia w nowej pracy, dlatego zdecydowałam się na prostą, dopasowaną sukienkę i czarne czółenka, na które w windzie szybko zamieniłam moje wygodne płaskie baleriny. Blond włosy miałam upięte w wyszukany kok przypominający ósemkę, rezultat fryzjerskich talentów Cary’ego. Zawsze byłam niezdarna, jeśli chodzi o układanie włosów, ale Cary ma do tego prawdziwą smykałkę i potrafi stworzyć na głowie efektowne dzieła sztuki. W uszach błyszczały mi drobne perłowe kolczyki, które dostałam od taty z okazji ukończenia studiów, a na przegubie pysznił się rolex, podarunek od Stantona i matki.
Miałam pewne wątpliwości, czy nie przesadziłam z dbałością o wygląd, ale gdy tylko wkroczyłam do lobby, przypomniałam sobie, jak rozciągnęłam się na podłodze w moich treningowych łachach, i odetchnęłam z ulgą, że w obecnej stylizacji w niczym nie przypominałam tamtej niezdarnej dziewuchy. Wydawało się, że dwóch ochroniarzy, którym machnęłam identyfikatorem, idąc do bramki kontrolnej, nie skojarzyło mnie z wczorajszym incydentem.
Dwadzieścia pięter później znalazłam się w holu Waters Field & Leaman. Przede mną wznosiła się ściana z kuloodpornego szkła, a w niej podwójne drzwi, które prowadziły do recepcji. Recepcjonistka siedząca przy biurku w kształcie półksiężyca zauważyła, jak macham moją kartą przed szybą. Nacisnęła przycisk i drzwi się otworzyły. Schowałam identyfikator z powrotem.
– Cześć, Megumi – powitałam ją, wchodząc do środka i chwaląc jej bluzkę w kolorze żurawiny. Dziewczyna była bardzo ładna, o oryginalnej mieszanej urodzie, z pewnością z kroplą azjatyckiej krwi. Miała błyszczące, gęste ciemne włosy, obcięte w stylu chanelowskim, krócej z tyłu, z przodu sięgające do podbródka, piwne oczy w kształcie migdałów emanujące ciepłem, a usta pełne i naturalnie zaróżowione.
– Sam, cześć. Harrego jeszcze nie ma, ale wiesz, gdzie jest twoje biurko, prawda?
– Oczywiście. – Machnęłam jej i ruszyłam korytarzem na lewo od recepcji do samego końca, gdzie znów skręciłam w lewo. Dotarłam do biura zajmującego jedno wielkie pomieszczenie z wydzielonymi boksami, z których jeden był mój.
Podeszłam do funkcjonalnego metalowego biurka, wrzuciłam torebkę oraz siatkę z płaskimi butami do dolnej szuflady, po czym włączyłam komputer. Przyniosłam ze sobą kilka drobiazgów, żeby nadać otaczającej mnie przestrzeni bardziej osobisty charakter. Wśród nich znajdował się oprawiony w ramkę zestaw trzech zdjęć – na pierwszym ja z Carym na plaży w Coronado, na drugim mama i Stanton na jachcie na Lazurowym Wybrzeżu, na trzecim tata w radiowozie podczas służby w City of Oceanside, w Kalifornii. Oprócz tego wyciągnęłam z torby barwną kompozycję szklanych kwiatów, prezent od Cary’ego z okazji pierwszego dnia w pracy. Postawiłam je obok ramki ze zdjęciami i odchyliłam się, żeby ocenić efekt.
– Dzień dobry, Sam.
Podniosłam się z krzesła i stanęłam na wprost mojego szefa.
– Dzień dobry, panie Styles.
– Proszę, mów do mnie Harry. Zapraszam do gabinetu.
Podążyłam za nim korytarzem, myśląc sobie po raz kolejny, że ze swoją lśniącą ciemną skórą, starannie przyciętą bródką i śmiejącymi się piwnymi oczami mój szef był miłym dla oka mężczyzną. Miał kwadratową szczękę i uroczo szelmowski uśmiech. Wysportowany i trzymający się prosto, kroczył z dyskretną pewnością siebie, budzącą zaufanie i szacunek.
Wskazał na jedno z siedzisk przed szklano-metalowym biurkiem i poczekał, aż usiądę, zanim usadowił się w swoim bajeranckim fotelu. Na tle nieba pociętego drapaczami chmur Harry wyglądał na zrealizowanego i wszechmogącego. W rzeczywistości był tylko junior account managerem, a jego gabinet to była nędzna garderoba w porównaniu z tymi, które zajmowali dyrektorzy i kierownicy, ale widok i tak robił wrażenie.
Teraz pochylił się do przodu i uśmiechnął.
– Zadomowiłaś się już w nowym mieszkaniu?
Zaskoczył mnie tym pytaniem i było mi bardzo miło, że pamiętał. Poznałam go podczas drugiego etapu rekrutacji i od razu polubiłam.
– W zasadzie tak – odparłam. – Wciąż jeszcze kilka pudeł poniewiera się tu i tam.
– Przeprowadziłaś się z San Diego, prawda? Miłe miasto, ale bardzo różne od Nowego Jorku. Tęsknisz za palmami?
– Tęsknię za suchym klimatem. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tutejszego wilgotnego powietrza.
– Poczekaj, aż lato walnie z pełną siłą. – Uśmiechnął się. – A więc... to twój pierwszy dzień w pracy i jesteś moją pierwszą asystentką, więc będziemy musieli wszystko sobie ułożyć z biegiem czasu. Nie byłem dotąd przyzwyczajony do przekazywania obowiązków, ale mam nadzieję, że szybko wejdzie mi to w krew.
Od razu poczułam się swobodniej.
– Z wielką chęcią przejmę te obowiązki.
– Współpraca z tobą jest dla mnie dużym krokiem naprzód, Sam. Mam nadzieję, że będzie ci się tutaj podobało. Pijesz kawę?
– To podstawa mojej codziennej diety.
– Ach, asystentka o podobnych upodobaniach! – Uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Nie będę cię prosił o podawanie kawy, ale przydałaby mi się twoja pomoc, żeby rozgryźć, jak działają te nowe ekspresy, które ustawili w kafeterii.
Uśmiechnęłam się.
– Nie ma sprawy.
– Szkoda, że w tej chwili nie mam dla ciebie nic innego do roboty. – Potarł się po karku z zakłopotaną miną. – Ale może pokażę ci kontrakty reklamowe, nad którymi obecnie pracuję, i razem coś z tym zrobimy?
Niewiele pamiętam z reszty dnia, wszystko działo się tak szybko. Harry skontaktował się z dwoma klientami, po czym odbył długie spotkanie z zespołem kreatywnym pracującym nad pomysłami wypromowania szkoły biznesu. Z zafascynowaniem obserwowałam z bliska, jak różne działy przekazują sobie pałeczkę, by poprowadzić kampanię od początku do końca. Chciałam nawet zostać trochę dłużej, by lepiej zaznajomić się z rozkładem biura, ale mój telefon zadzwonił pięć minut przed piątą.
– Biuro Harrego Stylesa. Sam Brown przy telefonie.
– Rusz łaskawie swój tyłek do domu, żebyśmy mogli pójść na tego drinka, którego obiecałaś mi wczoraj.
Udawana powaga w głosie Cary’ego wywołała uśmiech na mojej twarzy.
– Dobra, dobra, już.
Wyłączyłam komputer i uporządkowałam biurko. Gdy dotarłam do wind, wyciągnęłam komórkę, by wysłać Cary’emu wiadomość: „jestem w drodze”. Dzwonek poinformował mnie, która winda zatrzyma się na moim piętrze. Podeszłam więc tam i ponownie skupiłam się na telefonie, by wysłać wiadomość. Kiedy drzwi windy się otworzyły, ze wzrokiem wciąż wbitym w ekran komórki zrobiłam krok do przodu. Rozkojarzona podniosłam głowę i... mój wzrok spotkał się ze szmaragdami jego oczu. Wstrzymałam oddech.
Jedynym pasażerem w windzie był bóg seksu.
-----------------------------
Okej możecie mnie zabić za to że nic nie dodawałam, nie chce wymyślać dlatego powiem że nie miałam weny i jestem leniwa, mam nadzieje że mi wybaczycie xx
czwartek, 5 grudnia 2013
Rozdział 3
Gdy wróciłam do domu, w mieszkaniu unosił się miły zapach, a Adele zawodziła smętnie z głośników o ciężkiej doli ulicznej dziwki. Spojrzałam poprzez salon do otwartej kuchni i ujrzałam Cary'ego kołyszącego się w rytm muzyki i mieszającego coś w rondlu. Na kontaurze stała otwarta butelka wina i dwa duże kieliszki, jeden do połowy napełniony czerwonym winem.
- Hej - zawołałam, podchodząc bliżej. - Co tam pichcisz? Zdążę jeszcze wziąć prysznic?.
Cary nalał wina do drugiego kielicha i podał mi przez kontaur, przy którym jadaliśmy śniadania. Jego ruchy były zwinne i eleganckie. Patrząc na niego, nikt by nie odgadł, że spędził dzieciństwo przerzucany między uzależnioną od narkotyków matką a rodzinami zastępczymi, w okresie dojrzewania zaś był stałym pensjonariuszem poprawczaków i państwowych klinik odwykowych.
- Makaron z sosem. I wstrzymaj się z prysznicem, bo kolacja gotowa. Dobrze się bawiłaś?
- Kiedy już dotarłam na siłownię, tak. - Wysunęłam stołek barowy z drewna tekowego i usiadłam. Opowiedziałam Cary'emu o lekcji kick boxingu i o Parkerze Smisie.
- Chcesz mi towarzyszyć?
- Krav maga? - Car pokręcił głową. - To mocna rzecz. Skończyłbym cały w siniakach i straciłbym kontrakty reklamowe. Ale mogę się z tobą przejść, żeby sprawdzić to miejsce. Wyczuć czy koleś nie jest jakimś zbokiem.
Przyglądałam się, jak Cary przelewa zawartość garnka z makaronem do durszlaka.
- Jakim znów zbokiem?
Mój tata nauczył mnie odczytywać zamiary facetów całkiem nieźle, stąd wiedziałam, że bóstwo w garniturze oznaczało kłopoty. Normalni ludzie uśmiechają się przecież symbolicznie do osoby, której pomagają, by nawiązać chwilową więź i załagodzić krępującą sytuacje. A on nic. Chociaż patrząc z drugiej strony, ja też się do niego nie uśmiechnęłam.
- Mała - zaczął Cary, wyciągając miski z szafki - jesteś świetną, seksowną babką. Każdy facet który nie ma dość jaj żeby otwarcie zaprosić cię na randkę, wydaje mi się podejrzany.
Zmarszczyłam na niego nos. Postawił przede mną miskę zawierającą cienkie rurki makaronu polane oszczędnie sosem z grudkami mielonej wołowiny i zielonym groszkiem.
- Widzę, że coś cię gryzie. Powiesz mi, co?
Hm... Chwyciłam łyżkę wystającą z miski i postanowiłam nie wyrażać opinii na temat tego, co się działo w środku.
- Wydaję mi się, że wpadłam dzisiaj na najgorętszego faceta na tej planecie. Może nawet najgorętszego faceta w historii.
- Co? Myślałem, że ja nim jestem. No dobrze, dawaj pikantne szczegóły.
Cary jadł na stojąco po drugiej stronie kontuaru. Odczekałam, aż pochłonie kilka łyżek swojego przysmaczku, zanim odważyłam się też wziąć to do ust.
- Tak na prawdę nie za bardzo jest o czym opowiadać. Wylądowałam na tyłku w lobby Payneblack, a on pomógł mi się podnieść.
- Wysoki czy niski? Brunet czy blondyn? Umięśniony czy szczupły? Kolor oczu?
Nie żałowałam sobie wina, by popić drugi kęs paćki Cary'ego.
- Wysoki. Brunet, jednocześnie szczegóły i umięśniony. Brązowe oczy. Sądząc po jego ciuchach i zabawkach, obrzydliwie bogaty. No i oczywiście szaleńczo seksowny. Wiesz jak to jest - zdarzają się śliczni faceci, którzy wcale nie mają powodzenia, albo brzydale, w których towarzystwie twoje libido szaleje. Ten facet miał pełen pakiet.
Mój żołądek ścisnął się na wspomnienie dotyku Pana Mrocznego i Niebezpiecznego. W pamięci widziałam jego zapierającą dech w piersiach twarz jak żywą. To powinno być zabronione, żeby facet wywołał tak wstrząsające wrażenie. Wciąż jeszcze próbowałam odzyskać szare komórki, które tamten mi usmażył. Cary oparł się łokciami na kontaurze. Jego intensywnie szmaragdowe oczy zaiskrzyły się.
- No i co dalej? co stało się po tym jak ci pomógł?
Wzruszyłam ramionami.
- Nic.
- Nic?
- Wyszłam.
- Jak to? Nie poflirtowałaś z nim?
Wzięłam kolejny kęs. W sumie jedzenie nie było złe. Albo ja po prostu umierałam z głodu.
- To nie był typ faceta z którym się flirtuje Cary.
- Nie istnieje na świecie taki facet, z którym nie dałoby się tego robić. Nawet żonaci faceci w szczęśliwych związkach z przyjemnością oddają się niewinnemu flirtowi od czasu do czasu.
- Uwierz mi, temu gościowi daleko było do niewinności - oznajmiłam sucho.
- Ach jeden z tych. - Cary mądrze pokiwał głową. - Niegrzeczni chłopcy mogą być zabawni, jeżeli potrafisz zachować odpowiedni dystans.
Faktycznie w sprawach sercowo-łóżkowych Cary miał nie małe doświadczenie. Niezliczeni mężczyźni i kobiety tracili dla niego głowę. Mimo tego dziwnym zrządzeniem losu jego wybory zawsze były niefortunne. Miał za sobą związki z prześladowcami, kłamcami i szaleńcami którzy grozili że popełnią z jego powodu samobójstwo, albo kochankami którzy zapominali że w ich życiu jest koś ważniejszy... Cary przebrnął przez wszystkie rodzaje toksycznych relacji, jaki istnieją.
- Ten facet nie wydał mi się specjalnie zabawny - zauważyłam. - Robił wrażenie zbyt... intensywnego. Z drugiej strony, mógłby być znakomity w łóżku z tą całą intensywnością.
- I o to chodzi. Zapomnij o rzeczywistym facecie. Po prostu użyj jego twarzy w swoich fantazjach i uczuć go perfekcyjnym.
Szczerze mówiąc wolałam pozbyć się tego mężczyzny z mojej głowy całkowicie, dlatego zmieniłam temat.
- Masz jutro casting?
- Pewnie. - Cary chętnie wprowadził mnie w szczegóły swojego planu dnia, obejmującego sesje zdjęciowe do reklam dżinsów, samoopalacza, bielizny i perfum. Przepędziłam wszystkie niewygodne myśli kłębiące się w mojej głowie, skupiając się na nim i jego coraz bardziej spektakularnych sukcesach. Zapotrzebowanie na Cary'ego Taylora w świecie mody rosło z każdym dniem, a swoim profesjonalizmem i pracowitością zyskiwał coraz większą renomę wśród fotografów i przedstawicieli agencji reklamowych. Byłam z niego dumna i podekscytowana jego karierą. Pokonał długą drogę i wiele doświadczył by osiągnąć sukces. Zaaferowana wydarzeniami dzisiejszego dnia dopiero po kolacji zwróciłam uwagę na dwa duże pudła na prezenty oparte i tył sofy w pokoju dziennym.
- A to co?
- To jest - rzekł Cary dołączając do mnie - coś super.
OD razu domyśliłam się że prezenty pochodzą od Stantona i mojej matki. Pieniądze były tym czego potrzebowała moja matka by być szczęśliwa, zatem cieszyłam się że Stanton mąż numer trzy był stanie zaspokoić nie tylko tę potrzebę ale również wiele innych. Wielokrotnie pragnęłam by dała spokój mojemu życiu ale jej trudno było zaakceptować że postrzegam pieniądze w inny sposób niż ona.
- Co oni znowu wymyślili?
Cary położył mi dłonie na ramiona, co nie było dla niego trudne, zważywszy na to że był ode mnie o dwanaście centymetrów.
- Nie bądź niewdzięczna. On kocha twoją matkę. Uwielbia ją rozpieszczać, a ona uwielbia rozpieszczać ciebie. I może ci się to nie podobać, ale on nie robi tego dla ciebie lecz dla niej.
Westchnęłam w duchy przyznając mu rację.
- A więc co my tu mamy?
- Olśniewające ciuchy na wytworny bankiet w sobotę z szlachetnym celem w tle. Seksbombowa kiecka dla ciebie i smoking od Brioniego dla mnie, ponieważ kupując mi prezenty robi je właściwie tobie. Stajesz się bardziej tolerancyjna, gdy jestem pod ręką i wysłuchuje twojego warczenia.
- Cholerna prawda. Dzięki Bogu, że chociaż to wie.
- Oczywiście, że wie. Stanton nie doszedłby do tych miliardów, gdyby nie był bystrym facetem. - Cary chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę pudeł. - No chodź, rzuć tylko okiem.
---------------------------------
Przepraszam że dopiero teraz ale laptop na którym są rozdziały był u taty w pracy. Przepraszam was bardzo że już zawaliłam :(
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Rozdział 2
Pachniał wręcz grzesznie dobrze. To nie była woda kolońska. Może żel do ciała. Albo szampon. Cokolwiek to było, sprawiało, że ciekła mi ślinka. Na niego. On tymczasem wyciągnął do mnie rękę, prezentując przy tym spinkę do mankietu ze złota i onyksu i zegarek, który wyglądał na diabelnie kosztowny. Chwyciłam ją z urwanym oddechem. Gdy ścisnął moją dłoń mocniej, puls zaczął mi bić jeszcze szybciej. Jego dotyk był elektryzujący, wywołał dreszcz, który przebiegł w górę mojego ramienia, podnosząc włoski na karku. Przez chwilę się nie ruszał, marszcząc zuchwale zarysowane brwi.
- Nic ci nie jest?
Jego głos był kulturalny i aksamitny, lecz z chrypką, która sprawiła, że ścisnęło mnie w brzuchu. Przywodził na myśl seks. Nadzwyczajny seks. Pomyślałam, że mógłby doprowadzić mnie do orgazmu, tylko mówiąc wystarczająco długo. Wargi mi tak wyschły że musiałam je oblizać, nim odpowiedziałam.
- Nie, wszystko w porządku.
Podniósł się z oszczędną elegancją, pociągając mnie do góry. Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy, gdyż nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był młodszy niż początkowo myślałam. Na moje wyczucie jeszcze przed trzydziestką, ale z oczami które już wiele widziały. Patrzącymi twardo i bardzo bystro. Poczułam jak coś ciągnie mnie ku niemu, jakbym była obwiązana w pasie liną, którą on powoli, konsekwentnie przyciągał do siebie. Próbując wyrwać się z oszołomienia, wyswobodziłam się z jego uścisku. Nie był zwyczajnie przystojny, był... urzekający. Prezentował typ faceta sprawiającego, że kobieta pragnie rozerwać mu koszule i patrzeć, jak wraz z guzikami pryskają zahamowania. Patrzyłam na jego ugładzony, miejski, skandalicznie drogi garnitur i myślałam o brutalnym, pierwotnym, kotłującym prześcieradło rżnięciu.Przykucnął i podniósł mój identyfikator, który najwyraźniej musiałam upuścić, uwalniając mnie od tego prowokacyjnego wgapiania się. Mój mózg ze zgrzytem wrócił do trybu roboczego. Irytowało mnie, że zachowywałam się tak głupio, podczas gdy on był całkowicie opanowany. I dlaczego? Bo byłam olśniona, ot co. Niech to szlag. Spojrzał z góry na mnie i ta jego poza - niemal klęczącego przede mną - znów wytrąciła mnie z równowagi. Wstał nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Jesteś pewna że dobrze się czujesz? Powinnaś usiąść na chwilę.
Twarz mi płonęła. No wprost cudownie jest zrobić z siebie kretynkę przed najbardziej pewnym siebie i urzekającym mężczyzną, jakiego w życiu spotkałam.
- Tylko straciłam równowagę. Na prawdę nic mi nie jest.
Odwracając wzrok, dostrzegłam kobietę, która miała niefortunną przygodę z torebkę. Skończyła dziękować życzliwemu ochroniarzowi, po czym podeszła do mnie, przepraszając gorąco za to że po części przyczyniła się do mojego małego wypadku. Zwróciłam się więc ku niej, wyciągając dłoń wypełnioną monetami, które zebrałam z podłogi, ale jej wzrok przywarł do bóstwa w garniturze i z miejsca o mnie zapomniała. Odczekałam chwilę i zniecierpliwiona po prostu wrzuciłam monety do jej otwartej torebki. Zaryzykowałam jeszcze jedno spojrzenie na tajemniczego nieznajomego i zauważyłem, że nadal mnie obserwował, choć brunetka obsypywała go podziękowaniami. Jego nie mnie. Cudownie.
Weszłam jej w słowo:
- Mogę prosić o mój identyfikator?
Wyciągną kartę w moją stronę. Chociaż starałam się ująć ją tak, by uniknąć jego dotyku, musnął palcami moją dłoń, znów rozsyłając ten elektryzujący impuls świadomości po całym moim ciele.
- Dziękuje - wymamrotałam, po czym wyminęłam go i wypadłam na ulicę przez drzwi obrotowe. Przystanęłam na środku chodnika, wciągając w płuca powietrze Nowego Jorku, przepełnione milionem zapachów, czasem przyjemnych, czasem toksycznych. Przed budynkiem stał zaparkowany lśniący czarny bentley SUV. W przyciemnianych szybach samochodu zobaczyłam swoje odbicie. Byłam zaczerwieniona a moje szare oczy przesadnie lśniły, Widziałam już ten wyraz twarzy - w lustrze łazienki, tuż przed tym, gdy miałam iść do łóżka z facetem. To był mój standardowy wygląd jestem gotowa na pieprzenie, ale był to chyba najbardziej nieodpowiedni czas i najbardziej niestosowne miejsce, by spojrzenie to gościło na mojej twarzy.Jezu. Weź się w garść. Wystarczyło pięć minut z Panem mrocznym i niebezpiecznym, bym stała się roztrzęsiona i wyprana z energii. Ciągle czułam jego pociągającą siłę, nie wytłumaczalną potrzebę zawrócenia do budynku, do niego. Mogłabym wprawdzie wmawiać sobie, że zrobiłam tak, by dokończyć to, po co przybyłam do Payneblack, ale wiedziałam że będę to sobie później wyrzucać. W końcu ile razy jednego dnia można zrobić z siebie idiotkę?
- Starczy tego - warknęłam do siebie pod nosem. - Rusz się.
Rozległo się wściekłe trąbienie. Taksówka zajechała drogę innej, unikając zderzenia o parę centymetrów, po czy zahamowała ostro, gdy kilku pełnych brawur przechodniów wkroczyło na pasy sekundę przed zmianą świateł. Wybuchła awantura z wiązanką epitetów i pantomimą gestów, za którymi jednak nie kryła się autentyczna złość. Za kilka sekund wszystkie strony konfliktu powrócą do swoich spraw i zapomną o incydencie będącym tylko jedną z części naturalnego rytmu miasta. Kiedy wtopiłam się w potok ruchu ulicznego i ruszyłam w stronę siłowni, na wargach miałam lekki uśmiech. Ach Nowy Jork, pomyślałam, znów czując się pewniej. Jesteś nie do podrobienia.
Zamierzałam po rozgrzewce na bieżni powalczyć z godzinę na kilku sprzętach siłowych ale kiedy zobaczyłam że do zajęć szykuję się klasa kick boxingu dla początkujących podążyłam za uczestnikami do ich sali. Po skończonym treningu poczułam się bardziej sobą. Moje mięśnie drżały od odpowiedniej dawki wysiłku i wiedziałam że będę tej nosy twardo spać.
- Byłaś na prawdę dobra
Wytarłam ręcznikiem pot z czoła i zerknęłam na młodego mężczyznę, który mnie zagadnął. Był wysoki i atletycznie zbudowany, miał ogoloną głowę, łagodne piwne oczy i skórę w odcieniu kawy z mlekiem. Jego rzęsy, długie i gęste, mogły wzbudzać zazdrość.
- Dzięki - Moja twarz wykrzywiła się smutnym grymasie. - Na pierwszy rzut oka widać że jestem żółtodziobem, prawda?
Uśmiechnął sie i wyciągnął do mnie dłoń.
- Parker Smith.
- Sam Brown
- Masz niesamowitą gibkość Samanto. Gdybyś trochę poćwiczyła byłabyś niesamowita. W takim mieście jak Nowy Jork umiejętności samoobrony to konieczność.
Wskazał na tablicę ogłoszeń na ścianie, na której wisiała cała masa poprzypinanych pinezkami wizytówek i ulotek. Parker oderwał karteczkę z numerem telefonu z dołu odblaskowej ulotki i wręczył mi z uśmiechem.
- Słyszałaś kiedyś o krav madze?
- W filmie z Jennifer Lopez
- Jestem trenerem tej sztuki walki. I bardzo chciałbym cię uczyć. To moja strona internetowa i numer do sali treningowej.
Podziwiałam jego podejście. Bezpośrednie, szczere, jak jego spojrzenie i uśmiech. Zastanawiałam się czy nie chodzi mu o to żeby zaciągnąć mnie do łóżka, ale zachowywał się tak swobodnie że nie mogłam być pewna. Parker skrzyżował ręce na piersi, ukazując urzeźbione bicepsy. Miał na sobie podkoszulek bez rękawów i dłuższe szorty, a na nogach conversy. W wywinięciu koszulki widniały tatuaże, prawdopodobnie typowe dla dzielnicy, w której się wychował.
- Na stronie znajdziesz grafik zajęć. Wpadnij i sama oceń czy to coś dla ciebie.
- Jeszcze to sobie przemyślę.
- Liczę na to. - Parker ponownie uścisną moją dłoń mocno i pewnie. - Mam nadzieje że cię jeszcze zobaczę.
- Nic ci nie jest?
Jego głos był kulturalny i aksamitny, lecz z chrypką, która sprawiła, że ścisnęło mnie w brzuchu. Przywodził na myśl seks. Nadzwyczajny seks. Pomyślałam, że mógłby doprowadzić mnie do orgazmu, tylko mówiąc wystarczająco długo. Wargi mi tak wyschły że musiałam je oblizać, nim odpowiedziałam.
- Nie, wszystko w porządku.
Podniósł się z oszczędną elegancją, pociągając mnie do góry. Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy, gdyż nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był młodszy niż początkowo myślałam. Na moje wyczucie jeszcze przed trzydziestką, ale z oczami które już wiele widziały. Patrzącymi twardo i bardzo bystro. Poczułam jak coś ciągnie mnie ku niemu, jakbym była obwiązana w pasie liną, którą on powoli, konsekwentnie przyciągał do siebie. Próbując wyrwać się z oszołomienia, wyswobodziłam się z jego uścisku. Nie był zwyczajnie przystojny, był... urzekający. Prezentował typ faceta sprawiającego, że kobieta pragnie rozerwać mu koszule i patrzeć, jak wraz z guzikami pryskają zahamowania. Patrzyłam na jego ugładzony, miejski, skandalicznie drogi garnitur i myślałam o brutalnym, pierwotnym, kotłującym prześcieradło rżnięciu.Przykucnął i podniósł mój identyfikator, który najwyraźniej musiałam upuścić, uwalniając mnie od tego prowokacyjnego wgapiania się. Mój mózg ze zgrzytem wrócił do trybu roboczego. Irytowało mnie, że zachowywałam się tak głupio, podczas gdy on był całkowicie opanowany. I dlaczego? Bo byłam olśniona, ot co. Niech to szlag. Spojrzał z góry na mnie i ta jego poza - niemal klęczącego przede mną - znów wytrąciła mnie z równowagi. Wstał nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Jesteś pewna że dobrze się czujesz? Powinnaś usiąść na chwilę.
Twarz mi płonęła. No wprost cudownie jest zrobić z siebie kretynkę przed najbardziej pewnym siebie i urzekającym mężczyzną, jakiego w życiu spotkałam.
- Tylko straciłam równowagę. Na prawdę nic mi nie jest.
Odwracając wzrok, dostrzegłam kobietę, która miała niefortunną przygodę z torebkę. Skończyła dziękować życzliwemu ochroniarzowi, po czym podeszła do mnie, przepraszając gorąco za to że po części przyczyniła się do mojego małego wypadku. Zwróciłam się więc ku niej, wyciągając dłoń wypełnioną monetami, które zebrałam z podłogi, ale jej wzrok przywarł do bóstwa w garniturze i z miejsca o mnie zapomniała. Odczekałam chwilę i zniecierpliwiona po prostu wrzuciłam monety do jej otwartej torebki. Zaryzykowałam jeszcze jedno spojrzenie na tajemniczego nieznajomego i zauważyłem, że nadal mnie obserwował, choć brunetka obsypywała go podziękowaniami. Jego nie mnie. Cudownie.
Weszłam jej w słowo:
- Mogę prosić o mój identyfikator?
Wyciągną kartę w moją stronę. Chociaż starałam się ująć ją tak, by uniknąć jego dotyku, musnął palcami moją dłoń, znów rozsyłając ten elektryzujący impuls świadomości po całym moim ciele.
- Dziękuje - wymamrotałam, po czym wyminęłam go i wypadłam na ulicę przez drzwi obrotowe. Przystanęłam na środku chodnika, wciągając w płuca powietrze Nowego Jorku, przepełnione milionem zapachów, czasem przyjemnych, czasem toksycznych. Przed budynkiem stał zaparkowany lśniący czarny bentley SUV. W przyciemnianych szybach samochodu zobaczyłam swoje odbicie. Byłam zaczerwieniona a moje szare oczy przesadnie lśniły, Widziałam już ten wyraz twarzy - w lustrze łazienki, tuż przed tym, gdy miałam iść do łóżka z facetem. To był mój standardowy wygląd jestem gotowa na pieprzenie, ale był to chyba najbardziej nieodpowiedni czas i najbardziej niestosowne miejsce, by spojrzenie to gościło na mojej twarzy.Jezu. Weź się w garść. Wystarczyło pięć minut z Panem mrocznym i niebezpiecznym, bym stała się roztrzęsiona i wyprana z energii. Ciągle czułam jego pociągającą siłę, nie wytłumaczalną potrzebę zawrócenia do budynku, do niego. Mogłabym wprawdzie wmawiać sobie, że zrobiłam tak, by dokończyć to, po co przybyłam do Payneblack, ale wiedziałam że będę to sobie później wyrzucać. W końcu ile razy jednego dnia można zrobić z siebie idiotkę?
- Starczy tego - warknęłam do siebie pod nosem. - Rusz się.
Rozległo się wściekłe trąbienie. Taksówka zajechała drogę innej, unikając zderzenia o parę centymetrów, po czy zahamowała ostro, gdy kilku pełnych brawur przechodniów wkroczyło na pasy sekundę przed zmianą świateł. Wybuchła awantura z wiązanką epitetów i pantomimą gestów, za którymi jednak nie kryła się autentyczna złość. Za kilka sekund wszystkie strony konfliktu powrócą do swoich spraw i zapomną o incydencie będącym tylko jedną z części naturalnego rytmu miasta. Kiedy wtopiłam się w potok ruchu ulicznego i ruszyłam w stronę siłowni, na wargach miałam lekki uśmiech. Ach Nowy Jork, pomyślałam, znów czując się pewniej. Jesteś nie do podrobienia.
Zamierzałam po rozgrzewce na bieżni powalczyć z godzinę na kilku sprzętach siłowych ale kiedy zobaczyłam że do zajęć szykuję się klasa kick boxingu dla początkujących podążyłam za uczestnikami do ich sali. Po skończonym treningu poczułam się bardziej sobą. Moje mięśnie drżały od odpowiedniej dawki wysiłku i wiedziałam że będę tej nosy twardo spać.
- Byłaś na prawdę dobra
Wytarłam ręcznikiem pot z czoła i zerknęłam na młodego mężczyznę, który mnie zagadnął. Był wysoki i atletycznie zbudowany, miał ogoloną głowę, łagodne piwne oczy i skórę w odcieniu kawy z mlekiem. Jego rzęsy, długie i gęste, mogły wzbudzać zazdrość.
- Dzięki - Moja twarz wykrzywiła się smutnym grymasie. - Na pierwszy rzut oka widać że jestem żółtodziobem, prawda?
Uśmiechnął sie i wyciągnął do mnie dłoń.
- Parker Smith.
- Sam Brown
- Masz niesamowitą gibkość Samanto. Gdybyś trochę poćwiczyła byłabyś niesamowita. W takim mieście jak Nowy Jork umiejętności samoobrony to konieczność.
Wskazał na tablicę ogłoszeń na ścianie, na której wisiała cała masa poprzypinanych pinezkami wizytówek i ulotek. Parker oderwał karteczkę z numerem telefonu z dołu odblaskowej ulotki i wręczył mi z uśmiechem.
- Słyszałaś kiedyś o krav madze?
- W filmie z Jennifer Lopez
- Jestem trenerem tej sztuki walki. I bardzo chciałbym cię uczyć. To moja strona internetowa i numer do sali treningowej.
Podziwiałam jego podejście. Bezpośrednie, szczere, jak jego spojrzenie i uśmiech. Zastanawiałam się czy nie chodzi mu o to żeby zaciągnąć mnie do łóżka, ale zachowywał się tak swobodnie że nie mogłam być pewna. Parker skrzyżował ręce na piersi, ukazując urzeźbione bicepsy. Miał na sobie podkoszulek bez rękawów i dłuższe szorty, a na nogach conversy. W wywinięciu koszulki widniały tatuaże, prawdopodobnie typowe dla dzielnicy, w której się wychował.
- Na stronie znajdziesz grafik zajęć. Wpadnij i sama oceń czy to coś dla ciebie.
- Jeszcze to sobie przemyślę.
- Liczę na to. - Parker ponownie uścisną moją dłoń mocno i pewnie. - Mam nadzieje że cię jeszcze zobaczę.
piątek, 29 listopada 2013
Rozdział 1
- Dobra uderzamy do baru żeby to uczcić.
Stanowcza deklaracja mojego współlokatora ani trochę mnie nie zdziwiła. Cary Taylor miał prawdziwy dar wynajdowania powodów do świętowania, nie ważne jak błahych czy absurdalnych. Uważałam to za część jego chłopięcego uroku.
- Jestem pewna, że skucie się w wieczór poprzedzający dzień nowej pracy to zły pomysł.
- Wyluzuj Sam.
Cary siedział na podłodze w naszym nowym salonie pośród kilku ciągle nierozpakowanych kartonów i próbował rozbroić mnie nowym zabójczym uśmiechem. Harowaliśmy przy przeprowadzce już od kilku dni, a jego uroda wciąż lśniła. Smukły ciemnowłosy, zielonooki, Cary należał do tego typu facetów, którzy zawsze wyglądają fantastycznie nie zależnie od sytuacji. Z tego powody mogłabym patrzeć na niego zawistnym okiem, gdyby nie fakt że był najdroższą mi osobą na świecie.
- Ależ ja wcale nie mówię o wielkiej balandze - nalegał. - Jedna lampka wina, no może dwie. Wystrzelimy się w happy hour i będziemy w domu przed ósmą.
- Nie wiem, czy uda mi się wrócić na czas. - Wskazałam na moje spodnie do jogi i dopasowany sportowy top. - Jak już zaliczę dystans stąd do pacy, chcę jeszcze iść na siłownię.
- To leć i załatw się z tym raz-dwa. - Cary figlarnie uniósł doskonale zarysowaną brew, wywołując jak zawsze uśmiech na mojej twarzy. Byłam głęboko przekonana że któregoś dnia ta jego buźka za milion dolarów będzie zdobić billboardy i okładki magazynów mody na całym świecie. Nieważne, czy i w jaki sposób by ją wykrzywił, był powalający.
- A co powiesz na jutro po pracy? - zaproponowałam w zamian. - Jeśli uda mi się przetrwać pierwszy dzień, będziemy mieli prawdziwy powód do świętowania.
- Zgoda. Wobec tego wypróbuję nową kuchnię i zrobię coś na kolację.
- Och... - Gotowanie było jedną z wielkich miłości Cary'ego, ale nie jednym z jego talentów. - Wspaniale.
Zdmuchując z czoła niesforny kosmyk włosów uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kuchnię, za którą większość właścicieli restauracji gotowa byłaby zabić. Tu po prostu nie da rady się czegoś schrzanić.
Mimo uzasadnionych wątpliwości postanowiłam nie wdawać się z Carym w dyskusję na temat gotowania. Zjechałam na dół winda i uśmiechnęłam się do portiera, gdy ten zamaszystym gestem otworzył przede mną drzwi na ulicę. Ledwo znalazłam się na zewnątrz, otoczyły mnie dźwięki i zapachy Manhattanu, nęcąc i zapraszając do ich zagłębienia. Miałam wrażenie że od mojego poprzedniego domu w San Diego dzieli mnie nie szerokość kontynentu, lecz całe galaktyki. Dwie wielkie metropolie - jedna wiecznie opanowana i wręcz zmysłowo leniwa, druga tętniąca życiem i nieposkromioną energią. W marzeniach wyobrażałam sobie mieszkanie w zwykłej kamienicy bez wind na Brooklynie, jednak będąc posłuszną córką, poddałam się woli rodziców, którzy wynajęli dla mnie apartament na Upper West Side. Gdyby nie Cary czułabym się przygnębiająco samotna na tej gigantycznej przestrzeni, za którą miesięczny czynsz przewyższał roczne zarobki większości zwykłych zjadaczy chleba. Portier uchylił cylindra i zwrócił się do mnie:
- Dobry wieczór, panno Brown. Czy zawołać taksówkę?
- Nie dziękuje Paul. - Zakołysałam się na piętach sportowych butów. - Przejdę się
- Ochłodziło się nieco. Dobra pogoda na spacer - uśmiechnąłem się.
- Ktoś poradził mi, żebym korzystała z czerwcowej pogody, zanim upał stanie się nieznośny
- Bardzo dobra rada, panno Brown.
Wychodząc spod szklanego daszka nad wejście, który współgrał w pewien sposób z wiekiem tego budynku i sąsiednich, rozkoszowałam się względną ciszą i spokojem mojej trzypasmowej ulicy, aż dotarłam do skrzyżowania, gdzie porwał mnie gwar i ruch na Broadwayu, Miałam nadzieję, że pewnego dnia wtopię się całkowicie w ten tłum, ale na razie ciągle czułam się jak typowy nowojorczyk z awansu. Miałam wprawdzie adres i posadę, ale wciąż bałam się korzystać z metra i nie mogłam opanować sztuki łapania taksówek. Teraz próbowałam nie leźć z wytrzeszczonymi gałami, rozkojarzona niczym prowincjuszka, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Wokół było tak dużo do oglądania i spróbowania. Manhattan atakował zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron - odór spalin mieszał się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków, krzyki handlujących z ręki walczyły o lepsze z instrumentami rozpaczliwych grajków, fascynujący i trochę straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające cuda.. i te samochody. Boże. Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypominał niczego, co wcześniej widziałam. Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbowały z rozdzierającym uszy elektronicznym zawodzeniem syreny desperacko sforsować potok żółtych taksówek. Grozą napawał mnie widok wielkich niezdarnych śmieciarek manewrujących po wąziutkich jednokierunkowych ulicach, i kurierskich furgonetek które przedzierały się przez ruch uliczny na granicy stłuczki, by dotrzymać nierealistycznych terminów. Prawdziwi nowojorczycy przemierzali ten chaos swobodnie, oswojeni ze swoim miastem jak z parą starych wygodnych butów. W widoku pary buchającej ze studzienek i otworów wentylacyjnych nie dostrzegli niczego romantycznego. Nawet nie mrugnęli gdy huczące wagoniki metra przejeżdżają pod ziemią, a płyty chodnikowe drżały pod ich stopami podczas gdy ja szczerzyłam się jak idiotka i podkurczałam palce od stup. Nowy Jork był dla mnie zupełnie nową przygodą miłosną. Miałam wciąż oczy w słup, i to było widać. Na prawdę musiałam się postarać, by wyglądać na wyluzowaną, gdy zmierzałam do budynku, w którym następnego dnia miałam zacząć pracę. Przynajmniej jeśli chodzi o posadę udało mi się postawić rodzicom. Chciałam zarabiać na życie dzięki własnym kwalifikacjom i umiejętnościom, a to oznaczało pozycję na samym dole hierarchii, przeznaczoną dla absolwentów. Począwszy od jutrzejszego ranka miałam być asystentką Harrego Stylesa w Waters & Leaman, jednej z przodujących agencji reklamowych w Stanach Zjednoczonych. Mój ojczym mega finansista Richard Stanton, był wyraźnie zirytowany, gdy dostałam tę robotę, wytykając mi że, gdyby nie moje niedorzeczne poczucie dumy, mógłby załatwić mi o wiele bardziej konkretne zajęcie u swego przyjaciela.
- Jesteś uparta jak twój ojciec - zauważył. - Z policyjną pensją wieki zajmie mu spłacenie twojego kredytu studenckiego.
Stanton nawiązywał do głównego konfliktu między nim a moim tatą, który nie chciał dać za wygraną.
- Prędzej zdechnę, niż pozwolę, by obcy facet płacił za edukację mojej córki - zapewnił.
Victor Reyes, gdy Stanton złożył tę ofertę. Szanowałam jego nazwisko. Podejrzewałam, że Stanton również, ale oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał. Ja z kolei rozumiałam podejście i jednego, i drugiego. Obaj dobitnie dali mi do zrozumienia, że upieranie się, bym spłaciła kredyt sama, było walką z wiatrakami. Ojciec traktował to jak sprawę honoru. Moja matka odmówiła wyjścia za niego, lecz on stanowczo upierał się, żeby być moim tatusiem w każdy możliwy sposób. Wiedząc że nie ma sensu szarpać sobie nerwów dawnymi frustracjami, skupiłam się na dotarciu do przyszłej pracy najszybciej jak się da. Celowo na przebycie tej trasy wybrałam godzinę szczytu w poniedziałkowe popołudnie i byłam bardzo zadowolona że udało mi się dotrzeć do wieżowca Payneblack, w którym mieściła się siedziba Waters Field & Leaman, w czasie krótszym niż pół godziny. Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem ogromny budynek od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Biurowiec Payneblack był na prawdę imponujący - z gładką mieniącą się odcieniem szafiru iglicą, która przebijała obłoki. Z moich poprzednich wizyt w budynku podczas rozmów kwalifikacyjnych zapamiętałam, że bogato zdobione drzwi obrotowe w miedzianej oprawie prowadzą do wnętrza równie spektakularnego, z marmurowymi podłogami i ścianami przeplatanymi złotymi nitkami, z blatem stanowiska ochrony ze szczotkowanego aluminium i rzędami bramek kontrolnych. Wyciągnęłam nowy identyfikator z wewnętrznej kieszonki spodni i pomachałam nim przed dwoma ochroniarzami w ciemnych garniturach stojącym przy recepcji. Zatrzymali mnie mimo wszystko, prawdopodobnie dlatego, że byłam ubrana nie dość elegancko, ale po chwili pozwolili mi wejść. Gdy dotrę do windy na 20 piętro, będę wiedziała w przybliżeniu, ile zajmuje mi pokonanie całej trasy od drzwi mieszkania do drzwi nowego biura. Zaraz padnie wynik. Już kierowałam się w stronę wind, gdy nagle smukła elegancka brunetka zaczepiła paskiem od torebki o kołowrotek bramki kontrolnej. Zamek torebki puścił i wysypał się z niej deszcz monet, które potoczyły się beztrosko po marmurowej posadzce. Patrzyłam, jak inni pracownicy pokonywali slalomem ten chaos i biegali dalej, udając że nic nie zaważyli. Zrobiło mi się żal kobiety, więc przykucnęłam, by pomóc jej pozbierać rozsypane pieniądze. Dołączył do mnie jeden z ochroniarzy.
- Dziękuje - powiedziała, rzucając mi szybki udręczony uśmiech. Odwzajemniłam go mówiąc :
- Nie ma sprawy. Mnie też się to zdarza.
Przykucnęłam, by dosięgnąć pięciocentówki leżącej obok wyjścia, gdy na mojej drodze stanęła para luksusowych czarnych oksfordów, na które opadły nogawki szytych na miarę czarnych spodni. Czekałam, aż mężczyzna zejdzie mi z drogi. Kiedy stało się jasne że nie zamierza się ruszyć, odgięłam się do tyłu, by go zobaczyć. Już sam widok eleganckiego szytego na zamówienie trzyczęściowego garnituru sprawił, że moje serce zabiło szybciej, a świadomość kryjącego się pod nim wysportowanego ciała zmieniła i tak szybkie tempo w szaleńczy galop. Szczupła, a za razem muskularna sylwetka mężczyzny emanująca energią i witalnością, sprawiła że zrobiło mi się gorąco, ale dopiero gdy moje oczy spoczęły na jego twarzy, zostałam całkowicie rozłożona na łopatki. Łał. Właśnie tyle i aż tyle. Łał. Mężczyzna zgrabnie przykucnął na przeciwko mnie. Mając przed sobą to ucieleśnienie męskości, mogłam tylko patrzeć. W olśnieniu. Poczułam nagle że coś się zmieniło że zadziałała między nami jakaś mistyczna siła. Kiedy odwzajemnił moje spojrzenie, wyraz jego twarzy był inny.. Jakby niewidzialna maska zsunęła mu się z oczu, ukazując palącą siłę woli, zdającą się wysysać powietrze z moich płuc. Intensywny magnetyzm, którym emanował, stawał się coraz bardziej odczuwalny. Miałam wrażenie, że ta wibrująca, niesłabnąca energia, która go otaczała, była niemal namacalna. Reagując czysto instynktownie, odsunęłam się do tyłu. I... wylądowałam na tyłku. Moje łokcie aż jęknęły od gwałtownego kontaktu z marmurową posadzką, lecz ledwie poczułam ten ból. Byłam zbyt pochłonięta gapieniem się, zahipnotyzowana widokiem mężczyzny przede mną. Brązowe lśniące włosy okalały zapierającą dech w piersiach, twarz której struktura kostna kazała by każdemu rzeźbiarzowi załkać ze szczęścia. Mocno zarysowane usta, prosty nos i intensywnie brązowe oczy czyniły go dziko pięknym. Jedynie te oczy były lekko przymrużone, poza tym rysy twarzy pozostawały w bezruchu. Zarówno garnitur jak i koszula były czarne, ale krawat został perfekcyjnie dobrany do oczy, bystrych i taksujących, które teraz wwiercały się we mnie. Moje serce przyspieszyło, usta rozchyliły się, by nadążyć za oddychaniem.
---------------------------------------------------
Okej to pierwszy rozdział mam za sobą, mam nadzieje że się podoba i będziecie śledzić dalsze losy Sam Brown. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nie chce przynudzać. Jedyne o co proszę to o komentarze :)
- Jestem pewna, że skucie się w wieczór poprzedzający dzień nowej pracy to zły pomysł.
- Wyluzuj Sam.
Cary siedział na podłodze w naszym nowym salonie pośród kilku ciągle nierozpakowanych kartonów i próbował rozbroić mnie nowym zabójczym uśmiechem. Harowaliśmy przy przeprowadzce już od kilku dni, a jego uroda wciąż lśniła. Smukły ciemnowłosy, zielonooki, Cary należał do tego typu facetów, którzy zawsze wyglądają fantastycznie nie zależnie od sytuacji. Z tego powody mogłabym patrzeć na niego zawistnym okiem, gdyby nie fakt że był najdroższą mi osobą na świecie.
- Ależ ja wcale nie mówię o wielkiej balandze - nalegał. - Jedna lampka wina, no może dwie. Wystrzelimy się w happy hour i będziemy w domu przed ósmą.
- Nie wiem, czy uda mi się wrócić na czas. - Wskazałam na moje spodnie do jogi i dopasowany sportowy top. - Jak już zaliczę dystans stąd do pacy, chcę jeszcze iść na siłownię.
- To leć i załatw się z tym raz-dwa. - Cary figlarnie uniósł doskonale zarysowaną brew, wywołując jak zawsze uśmiech na mojej twarzy. Byłam głęboko przekonana że któregoś dnia ta jego buźka za milion dolarów będzie zdobić billboardy i okładki magazynów mody na całym świecie. Nieważne, czy i w jaki sposób by ją wykrzywił, był powalający.
- A co powiesz na jutro po pracy? - zaproponowałam w zamian. - Jeśli uda mi się przetrwać pierwszy dzień, będziemy mieli prawdziwy powód do świętowania.
- Zgoda. Wobec tego wypróbuję nową kuchnię i zrobię coś na kolację.
- Och... - Gotowanie było jedną z wielkich miłości Cary'ego, ale nie jednym z jego talentów. - Wspaniale.
Zdmuchując z czoła niesforny kosmyk włosów uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kuchnię, za którą większość właścicieli restauracji gotowa byłaby zabić. Tu po prostu nie da rady się czegoś schrzanić.
Mimo uzasadnionych wątpliwości postanowiłam nie wdawać się z Carym w dyskusję na temat gotowania. Zjechałam na dół winda i uśmiechnęłam się do portiera, gdy ten zamaszystym gestem otworzył przede mną drzwi na ulicę. Ledwo znalazłam się na zewnątrz, otoczyły mnie dźwięki i zapachy Manhattanu, nęcąc i zapraszając do ich zagłębienia. Miałam wrażenie że od mojego poprzedniego domu w San Diego dzieli mnie nie szerokość kontynentu, lecz całe galaktyki. Dwie wielkie metropolie - jedna wiecznie opanowana i wręcz zmysłowo leniwa, druga tętniąca życiem i nieposkromioną energią. W marzeniach wyobrażałam sobie mieszkanie w zwykłej kamienicy bez wind na Brooklynie, jednak będąc posłuszną córką, poddałam się woli rodziców, którzy wynajęli dla mnie apartament na Upper West Side. Gdyby nie Cary czułabym się przygnębiająco samotna na tej gigantycznej przestrzeni, za którą miesięczny czynsz przewyższał roczne zarobki większości zwykłych zjadaczy chleba. Portier uchylił cylindra i zwrócił się do mnie:
- Dobry wieczór, panno Brown. Czy zawołać taksówkę?
- Nie dziękuje Paul. - Zakołysałam się na piętach sportowych butów. - Przejdę się
- Ochłodziło się nieco. Dobra pogoda na spacer - uśmiechnąłem się.
- Ktoś poradził mi, żebym korzystała z czerwcowej pogody, zanim upał stanie się nieznośny
- Bardzo dobra rada, panno Brown.
Wychodząc spod szklanego daszka nad wejście, który współgrał w pewien sposób z wiekiem tego budynku i sąsiednich, rozkoszowałam się względną ciszą i spokojem mojej trzypasmowej ulicy, aż dotarłam do skrzyżowania, gdzie porwał mnie gwar i ruch na Broadwayu, Miałam nadzieję, że pewnego dnia wtopię się całkowicie w ten tłum, ale na razie ciągle czułam się jak typowy nowojorczyk z awansu. Miałam wprawdzie adres i posadę, ale wciąż bałam się korzystać z metra i nie mogłam opanować sztuki łapania taksówek. Teraz próbowałam nie leźć z wytrzeszczonymi gałami, rozkojarzona niczym prowincjuszka, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Wokół było tak dużo do oglądania i spróbowania. Manhattan atakował zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron - odór spalin mieszał się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków, krzyki handlujących z ręki walczyły o lepsze z instrumentami rozpaczliwych grajków, fascynujący i trochę straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające cuda.. i te samochody. Boże. Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypominał niczego, co wcześniej widziałam. Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbowały z rozdzierającym uszy elektronicznym zawodzeniem syreny desperacko sforsować potok żółtych taksówek. Grozą napawał mnie widok wielkich niezdarnych śmieciarek manewrujących po wąziutkich jednokierunkowych ulicach, i kurierskich furgonetek które przedzierały się przez ruch uliczny na granicy stłuczki, by dotrzymać nierealistycznych terminów. Prawdziwi nowojorczycy przemierzali ten chaos swobodnie, oswojeni ze swoim miastem jak z parą starych wygodnych butów. W widoku pary buchającej ze studzienek i otworów wentylacyjnych nie dostrzegli niczego romantycznego. Nawet nie mrugnęli gdy huczące wagoniki metra przejeżdżają pod ziemią, a płyty chodnikowe drżały pod ich stopami podczas gdy ja szczerzyłam się jak idiotka i podkurczałam palce od stup. Nowy Jork był dla mnie zupełnie nową przygodą miłosną. Miałam wciąż oczy w słup, i to było widać. Na prawdę musiałam się postarać, by wyglądać na wyluzowaną, gdy zmierzałam do budynku, w którym następnego dnia miałam zacząć pracę. Przynajmniej jeśli chodzi o posadę udało mi się postawić rodzicom. Chciałam zarabiać na życie dzięki własnym kwalifikacjom i umiejętnościom, a to oznaczało pozycję na samym dole hierarchii, przeznaczoną dla absolwentów. Począwszy od jutrzejszego ranka miałam być asystentką Harrego Stylesa w Waters & Leaman, jednej z przodujących agencji reklamowych w Stanach Zjednoczonych. Mój ojczym mega finansista Richard Stanton, był wyraźnie zirytowany, gdy dostałam tę robotę, wytykając mi że, gdyby nie moje niedorzeczne poczucie dumy, mógłby załatwić mi o wiele bardziej konkretne zajęcie u swego przyjaciela.
- Jesteś uparta jak twój ojciec - zauważył. - Z policyjną pensją wieki zajmie mu spłacenie twojego kredytu studenckiego.
Stanton nawiązywał do głównego konfliktu między nim a moim tatą, który nie chciał dać za wygraną.
- Prędzej zdechnę, niż pozwolę, by obcy facet płacił za edukację mojej córki - zapewnił.
Victor Reyes, gdy Stanton złożył tę ofertę. Szanowałam jego nazwisko. Podejrzewałam, że Stanton również, ale oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał. Ja z kolei rozumiałam podejście i jednego, i drugiego. Obaj dobitnie dali mi do zrozumienia, że upieranie się, bym spłaciła kredyt sama, było walką z wiatrakami. Ojciec traktował to jak sprawę honoru. Moja matka odmówiła wyjścia za niego, lecz on stanowczo upierał się, żeby być moim tatusiem w każdy możliwy sposób. Wiedząc że nie ma sensu szarpać sobie nerwów dawnymi frustracjami, skupiłam się na dotarciu do przyszłej pracy najszybciej jak się da. Celowo na przebycie tej trasy wybrałam godzinę szczytu w poniedziałkowe popołudnie i byłam bardzo zadowolona że udało mi się dotrzeć do wieżowca Payneblack, w którym mieściła się siedziba Waters Field & Leaman, w czasie krótszym niż pół godziny. Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem ogromny budynek od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Biurowiec Payneblack był na prawdę imponujący - z gładką mieniącą się odcieniem szafiru iglicą, która przebijała obłoki. Z moich poprzednich wizyt w budynku podczas rozmów kwalifikacyjnych zapamiętałam, że bogato zdobione drzwi obrotowe w miedzianej oprawie prowadzą do wnętrza równie spektakularnego, z marmurowymi podłogami i ścianami przeplatanymi złotymi nitkami, z blatem stanowiska ochrony ze szczotkowanego aluminium i rzędami bramek kontrolnych. Wyciągnęłam nowy identyfikator z wewnętrznej kieszonki spodni i pomachałam nim przed dwoma ochroniarzami w ciemnych garniturach stojącym przy recepcji. Zatrzymali mnie mimo wszystko, prawdopodobnie dlatego, że byłam ubrana nie dość elegancko, ale po chwili pozwolili mi wejść. Gdy dotrę do windy na 20 piętro, będę wiedziała w przybliżeniu, ile zajmuje mi pokonanie całej trasy od drzwi mieszkania do drzwi nowego biura. Zaraz padnie wynik. Już kierowałam się w stronę wind, gdy nagle smukła elegancka brunetka zaczepiła paskiem od torebki o kołowrotek bramki kontrolnej. Zamek torebki puścił i wysypał się z niej deszcz monet, które potoczyły się beztrosko po marmurowej posadzce. Patrzyłam, jak inni pracownicy pokonywali slalomem ten chaos i biegali dalej, udając że nic nie zaważyli. Zrobiło mi się żal kobiety, więc przykucnęłam, by pomóc jej pozbierać rozsypane pieniądze. Dołączył do mnie jeden z ochroniarzy.
- Dziękuje - powiedziała, rzucając mi szybki udręczony uśmiech. Odwzajemniłam go mówiąc :
- Nie ma sprawy. Mnie też się to zdarza.
Przykucnęłam, by dosięgnąć pięciocentówki leżącej obok wyjścia, gdy na mojej drodze stanęła para luksusowych czarnych oksfordów, na które opadły nogawki szytych na miarę czarnych spodni. Czekałam, aż mężczyzna zejdzie mi z drogi. Kiedy stało się jasne że nie zamierza się ruszyć, odgięłam się do tyłu, by go zobaczyć. Już sam widok eleganckiego szytego na zamówienie trzyczęściowego garnituru sprawił, że moje serce zabiło szybciej, a świadomość kryjącego się pod nim wysportowanego ciała zmieniła i tak szybkie tempo w szaleńczy galop. Szczupła, a za razem muskularna sylwetka mężczyzny emanująca energią i witalnością, sprawiła że zrobiło mi się gorąco, ale dopiero gdy moje oczy spoczęły na jego twarzy, zostałam całkowicie rozłożona na łopatki. Łał. Właśnie tyle i aż tyle. Łał. Mężczyzna zgrabnie przykucnął na przeciwko mnie. Mając przed sobą to ucieleśnienie męskości, mogłam tylko patrzeć. W olśnieniu. Poczułam nagle że coś się zmieniło że zadziałała między nami jakaś mistyczna siła. Kiedy odwzajemnił moje spojrzenie, wyraz jego twarzy był inny.. Jakby niewidzialna maska zsunęła mu się z oczu, ukazując palącą siłę woli, zdającą się wysysać powietrze z moich płuc. Intensywny magnetyzm, którym emanował, stawał się coraz bardziej odczuwalny. Miałam wrażenie, że ta wibrująca, niesłabnąca energia, która go otaczała, była niemal namacalna. Reagując czysto instynktownie, odsunęłam się do tyłu. I... wylądowałam na tyłku. Moje łokcie aż jęknęły od gwałtownego kontaktu z marmurową posadzką, lecz ledwie poczułam ten ból. Byłam zbyt pochłonięta gapieniem się, zahipnotyzowana widokiem mężczyzny przede mną. Brązowe lśniące włosy okalały zapierającą dech w piersiach, twarz której struktura kostna kazała by każdemu rzeźbiarzowi załkać ze szczęścia. Mocno zarysowane usta, prosty nos i intensywnie brązowe oczy czyniły go dziko pięknym. Jedynie te oczy były lekko przymrużone, poza tym rysy twarzy pozostawały w bezruchu. Zarówno garnitur jak i koszula były czarne, ale krawat został perfekcyjnie dobrany do oczy, bystrych i taksujących, które teraz wwiercały się we mnie. Moje serce przyspieszyło, usta rozchyliły się, by nadążyć za oddychaniem.
---------------------------------------------------
Okej to pierwszy rozdział mam za sobą, mam nadzieje że się podoba i będziecie śledzić dalsze losy Sam Brown. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nie chce przynudzać. Jedyne o co proszę to o komentarze :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)