Stanowcza deklaracja mojego współlokatora ani trochę mnie nie zdziwiła. Cary Taylor miał prawdziwy dar wynajdowania powodów do świętowania, nie ważne jak błahych czy absurdalnych. Uważałam to za część jego chłopięcego uroku.
- Jestem pewna, że skucie się w wieczór poprzedzający dzień nowej pracy to zły pomysł.
- Wyluzuj Sam.
Cary siedział na podłodze w naszym nowym salonie pośród kilku ciągle nierozpakowanych kartonów i próbował rozbroić mnie nowym zabójczym uśmiechem. Harowaliśmy przy przeprowadzce już od kilku dni, a jego uroda wciąż lśniła. Smukły ciemnowłosy, zielonooki, Cary należał do tego typu facetów, którzy zawsze wyglądają fantastycznie nie zależnie od sytuacji. Z tego powody mogłabym patrzeć na niego zawistnym okiem, gdyby nie fakt że był najdroższą mi osobą na świecie.
- Ależ ja wcale nie mówię o wielkiej balandze - nalegał. - Jedna lampka wina, no może dwie. Wystrzelimy się w happy hour i będziemy w domu przed ósmą.
- Nie wiem, czy uda mi się wrócić na czas. - Wskazałam na moje spodnie do jogi i dopasowany sportowy top. - Jak już zaliczę dystans stąd do pacy, chcę jeszcze iść na siłownię.
- To leć i załatw się z tym raz-dwa. - Cary figlarnie uniósł doskonale zarysowaną brew, wywołując jak zawsze uśmiech na mojej twarzy. Byłam głęboko przekonana że któregoś dnia ta jego buźka za milion dolarów będzie zdobić billboardy i okładki magazynów mody na całym świecie. Nieważne, czy i w jaki sposób by ją wykrzywił, był powalający.
- A co powiesz na jutro po pracy? - zaproponowałam w zamian. - Jeśli uda mi się przetrwać pierwszy dzień, będziemy mieli prawdziwy powód do świętowania.
- Zgoda. Wobec tego wypróbuję nową kuchnię i zrobię coś na kolację.
- Och... - Gotowanie było jedną z wielkich miłości Cary'ego, ale nie jednym z jego talentów. - Wspaniale.
Zdmuchując z czoła niesforny kosmyk włosów uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kuchnię, za którą większość właścicieli restauracji gotowa byłaby zabić. Tu po prostu nie da rady się czegoś schrzanić.
Mimo uzasadnionych wątpliwości postanowiłam nie wdawać się z Carym w dyskusję na temat gotowania. Zjechałam na dół winda i uśmiechnęłam się do portiera, gdy ten zamaszystym gestem otworzył przede mną drzwi na ulicę. Ledwo znalazłam się na zewnątrz, otoczyły mnie dźwięki i zapachy Manhattanu, nęcąc i zapraszając do ich zagłębienia. Miałam wrażenie że od mojego poprzedniego domu w San Diego dzieli mnie nie szerokość kontynentu, lecz całe galaktyki. Dwie wielkie metropolie - jedna wiecznie opanowana i wręcz zmysłowo leniwa, druga tętniąca życiem i nieposkromioną energią. W marzeniach wyobrażałam sobie mieszkanie w zwykłej kamienicy bez wind na Brooklynie, jednak będąc posłuszną córką, poddałam się woli rodziców, którzy wynajęli dla mnie apartament na Upper West Side. Gdyby nie Cary czułabym się przygnębiająco samotna na tej gigantycznej przestrzeni, za którą miesięczny czynsz przewyższał roczne zarobki większości zwykłych zjadaczy chleba. Portier uchylił cylindra i zwrócił się do mnie:
- Dobry wieczór, panno Brown. Czy zawołać taksówkę?
- Nie dziękuje Paul. - Zakołysałam się na piętach sportowych butów. - Przejdę się
- Ochłodziło się nieco. Dobra pogoda na spacer - uśmiechnąłem się.
- Ktoś poradził mi, żebym korzystała z czerwcowej pogody, zanim upał stanie się nieznośny
- Bardzo dobra rada, panno Brown.
Wychodząc spod szklanego daszka nad wejście, który współgrał w pewien sposób z wiekiem tego budynku i sąsiednich, rozkoszowałam się względną ciszą i spokojem mojej trzypasmowej ulicy, aż dotarłam do skrzyżowania, gdzie porwał mnie gwar i ruch na Broadwayu, Miałam nadzieję, że pewnego dnia wtopię się całkowicie w ten tłum, ale na razie ciągle czułam się jak typowy nowojorczyk z awansu. Miałam wprawdzie adres i posadę, ale wciąż bałam się korzystać z metra i nie mogłam opanować sztuki łapania taksówek. Teraz próbowałam nie leźć z wytrzeszczonymi gałami, rozkojarzona niczym prowincjuszka, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Wokół było tak dużo do oglądania i spróbowania. Manhattan atakował zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron - odór spalin mieszał się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków, krzyki handlujących z ręki walczyły o lepsze z instrumentami rozpaczliwych grajków, fascynujący i trochę straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające cuda.. i te samochody. Boże. Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypominał niczego, co wcześniej widziałam. Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbowały z rozdzierającym uszy elektronicznym zawodzeniem syreny desperacko sforsować potok żółtych taksówek. Grozą napawał mnie widok wielkich niezdarnych śmieciarek manewrujących po wąziutkich jednokierunkowych ulicach, i kurierskich furgonetek które przedzierały się przez ruch uliczny na granicy stłuczki, by dotrzymać nierealistycznych terminów. Prawdziwi nowojorczycy przemierzali ten chaos swobodnie, oswojeni ze swoim miastem jak z parą starych wygodnych butów. W widoku pary buchającej ze studzienek i otworów wentylacyjnych nie dostrzegli niczego romantycznego. Nawet nie mrugnęli gdy huczące wagoniki metra przejeżdżają pod ziemią, a płyty chodnikowe drżały pod ich stopami podczas gdy ja szczerzyłam się jak idiotka i podkurczałam palce od stup. Nowy Jork był dla mnie zupełnie nową przygodą miłosną. Miałam wciąż oczy w słup, i to było widać. Na prawdę musiałam się postarać, by wyglądać na wyluzowaną, gdy zmierzałam do budynku, w którym następnego dnia miałam zacząć pracę. Przynajmniej jeśli chodzi o posadę udało mi się postawić rodzicom. Chciałam zarabiać na życie dzięki własnym kwalifikacjom i umiejętnościom, a to oznaczało pozycję na samym dole hierarchii, przeznaczoną dla absolwentów. Począwszy od jutrzejszego ranka miałam być asystentką Harrego Stylesa w Waters & Leaman, jednej z przodujących agencji reklamowych w Stanach Zjednoczonych. Mój ojczym mega finansista Richard Stanton, był wyraźnie zirytowany, gdy dostałam tę robotę, wytykając mi że, gdyby nie moje niedorzeczne poczucie dumy, mógłby załatwić mi o wiele bardziej konkretne zajęcie u swego przyjaciela.
- Jesteś uparta jak twój ojciec - zauważył. - Z policyjną pensją wieki zajmie mu spłacenie twojego kredytu studenckiego.
Stanton nawiązywał do głównego konfliktu między nim a moim tatą, który nie chciał dać za wygraną.
- Prędzej zdechnę, niż pozwolę, by obcy facet płacił za edukację mojej córki - zapewnił.
Victor Reyes, gdy Stanton złożył tę ofertę. Szanowałam jego nazwisko. Podejrzewałam, że Stanton również, ale oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał. Ja z kolei rozumiałam podejście i jednego, i drugiego. Obaj dobitnie dali mi do zrozumienia, że upieranie się, bym spłaciła kredyt sama, było walką z wiatrakami. Ojciec traktował to jak sprawę honoru. Moja matka odmówiła wyjścia za niego, lecz on stanowczo upierał się, żeby być moim tatusiem w każdy możliwy sposób. Wiedząc że nie ma sensu szarpać sobie nerwów dawnymi frustracjami, skupiłam się na dotarciu do przyszłej pracy najszybciej jak się da. Celowo na przebycie tej trasy wybrałam godzinę szczytu w poniedziałkowe popołudnie i byłam bardzo zadowolona że udało mi się dotrzeć do wieżowca Payneblack, w którym mieściła się siedziba Waters Field & Leaman, w czasie krótszym niż pół godziny. Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem ogromny budynek od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Biurowiec Payneblack był na prawdę imponujący - z gładką mieniącą się odcieniem szafiru iglicą, która przebijała obłoki. Z moich poprzednich wizyt w budynku podczas rozmów kwalifikacyjnych zapamiętałam, że bogato zdobione drzwi obrotowe w miedzianej oprawie prowadzą do wnętrza równie spektakularnego, z marmurowymi podłogami i ścianami przeplatanymi złotymi nitkami, z blatem stanowiska ochrony ze szczotkowanego aluminium i rzędami bramek kontrolnych. Wyciągnęłam nowy identyfikator z wewnętrznej kieszonki spodni i pomachałam nim przed dwoma ochroniarzami w ciemnych garniturach stojącym przy recepcji. Zatrzymali mnie mimo wszystko, prawdopodobnie dlatego, że byłam ubrana nie dość elegancko, ale po chwili pozwolili mi wejść. Gdy dotrę do windy na 20 piętro, będę wiedziała w przybliżeniu, ile zajmuje mi pokonanie całej trasy od drzwi mieszkania do drzwi nowego biura. Zaraz padnie wynik. Już kierowałam się w stronę wind, gdy nagle smukła elegancka brunetka zaczepiła paskiem od torebki o kołowrotek bramki kontrolnej. Zamek torebki puścił i wysypał się z niej deszcz monet, które potoczyły się beztrosko po marmurowej posadzce. Patrzyłam, jak inni pracownicy pokonywali slalomem ten chaos i biegali dalej, udając że nic nie zaważyli. Zrobiło mi się żal kobiety, więc przykucnęłam, by pomóc jej pozbierać rozsypane pieniądze. Dołączył do mnie jeden z ochroniarzy.
- Dziękuje - powiedziała, rzucając mi szybki udręczony uśmiech. Odwzajemniłam go mówiąc :
- Nie ma sprawy. Mnie też się to zdarza.
Przykucnęłam, by dosięgnąć pięciocentówki leżącej obok wyjścia, gdy na mojej drodze stanęła para luksusowych czarnych oksfordów, na które opadły nogawki szytych na miarę czarnych spodni. Czekałam, aż mężczyzna zejdzie mi z drogi. Kiedy stało się jasne że nie zamierza się ruszyć, odgięłam się do tyłu, by go zobaczyć. Już sam widok eleganckiego szytego na zamówienie trzyczęściowego garnituru sprawił, że moje serce zabiło szybciej, a świadomość kryjącego się pod nim wysportowanego ciała zmieniła i tak szybkie tempo w szaleńczy galop. Szczupła, a za razem muskularna sylwetka mężczyzny emanująca energią i witalnością, sprawiła że zrobiło mi się gorąco, ale dopiero gdy moje oczy spoczęły na jego twarzy, zostałam całkowicie rozłożona na łopatki. Łał. Właśnie tyle i aż tyle. Łał. Mężczyzna zgrabnie przykucnął na przeciwko mnie. Mając przed sobą to ucieleśnienie męskości, mogłam tylko patrzeć. W olśnieniu. Poczułam nagle że coś się zmieniło że zadziałała między nami jakaś mistyczna siła. Kiedy odwzajemnił moje spojrzenie, wyraz jego twarzy był inny.. Jakby niewidzialna maska zsunęła mu się z oczu, ukazując palącą siłę woli, zdającą się wysysać powietrze z moich płuc. Intensywny magnetyzm, którym emanował, stawał się coraz bardziej odczuwalny. Miałam wrażenie, że ta wibrująca, niesłabnąca energia, która go otaczała, była niemal namacalna. Reagując czysto instynktownie, odsunęłam się do tyłu. I... wylądowałam na tyłku. Moje łokcie aż jęknęły od gwałtownego kontaktu z marmurową posadzką, lecz ledwie poczułam ten ból. Byłam zbyt pochłonięta gapieniem się, zahipnotyzowana widokiem mężczyzny przede mną. Brązowe lśniące włosy okalały zapierającą dech w piersiach, twarz której struktura kostna kazała by każdemu rzeźbiarzowi załkać ze szczęścia. Mocno zarysowane usta, prosty nos i intensywnie brązowe oczy czyniły go dziko pięknym. Jedynie te oczy były lekko przymrużone, poza tym rysy twarzy pozostawały w bezruchu. Zarówno garnitur jak i koszula były czarne, ale krawat został perfekcyjnie dobrany do oczy, bystrych i taksujących, które teraz wwiercały się we mnie. Moje serce przyspieszyło, usta rozchyliły się, by nadążyć za oddychaniem.
---------------------------------------------------
Okej to pierwszy rozdział mam za sobą, mam nadzieje że się podoba i będziecie śledzić dalsze losy Sam Brown. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nie chce przynudzać. Jedyne o co proszę to o komentarze :)
- Jestem pewna, że skucie się w wieczór poprzedzający dzień nowej pracy to zły pomysł.
- Wyluzuj Sam.
Cary siedział na podłodze w naszym nowym salonie pośród kilku ciągle nierozpakowanych kartonów i próbował rozbroić mnie nowym zabójczym uśmiechem. Harowaliśmy przy przeprowadzce już od kilku dni, a jego uroda wciąż lśniła. Smukły ciemnowłosy, zielonooki, Cary należał do tego typu facetów, którzy zawsze wyglądają fantastycznie nie zależnie od sytuacji. Z tego powody mogłabym patrzeć na niego zawistnym okiem, gdyby nie fakt że był najdroższą mi osobą na świecie.
- Ależ ja wcale nie mówię o wielkiej balandze - nalegał. - Jedna lampka wina, no może dwie. Wystrzelimy się w happy hour i będziemy w domu przed ósmą.
- Nie wiem, czy uda mi się wrócić na czas. - Wskazałam na moje spodnie do jogi i dopasowany sportowy top. - Jak już zaliczę dystans stąd do pacy, chcę jeszcze iść na siłownię.
- To leć i załatw się z tym raz-dwa. - Cary figlarnie uniósł doskonale zarysowaną brew, wywołując jak zawsze uśmiech na mojej twarzy. Byłam głęboko przekonana że któregoś dnia ta jego buźka za milion dolarów będzie zdobić billboardy i okładki magazynów mody na całym świecie. Nieważne, czy i w jaki sposób by ją wykrzywił, był powalający.
- A co powiesz na jutro po pracy? - zaproponowałam w zamian. - Jeśli uda mi się przetrwać pierwszy dzień, będziemy mieli prawdziwy powód do świętowania.
- Zgoda. Wobec tego wypróbuję nową kuchnię i zrobię coś na kolację.
- Och... - Gotowanie było jedną z wielkich miłości Cary'ego, ale nie jednym z jego talentów. - Wspaniale.
Zdmuchując z czoła niesforny kosmyk włosów uśmiechnął się do mnie.
- Mamy kuchnię, za którą większość właścicieli restauracji gotowa byłaby zabić. Tu po prostu nie da rady się czegoś schrzanić.
Mimo uzasadnionych wątpliwości postanowiłam nie wdawać się z Carym w dyskusję na temat gotowania. Zjechałam na dół winda i uśmiechnęłam się do portiera, gdy ten zamaszystym gestem otworzył przede mną drzwi na ulicę. Ledwo znalazłam się na zewnątrz, otoczyły mnie dźwięki i zapachy Manhattanu, nęcąc i zapraszając do ich zagłębienia. Miałam wrażenie że od mojego poprzedniego domu w San Diego dzieli mnie nie szerokość kontynentu, lecz całe galaktyki. Dwie wielkie metropolie - jedna wiecznie opanowana i wręcz zmysłowo leniwa, druga tętniąca życiem i nieposkromioną energią. W marzeniach wyobrażałam sobie mieszkanie w zwykłej kamienicy bez wind na Brooklynie, jednak będąc posłuszną córką, poddałam się woli rodziców, którzy wynajęli dla mnie apartament na Upper West Side. Gdyby nie Cary czułabym się przygnębiająco samotna na tej gigantycznej przestrzeni, za którą miesięczny czynsz przewyższał roczne zarobki większości zwykłych zjadaczy chleba. Portier uchylił cylindra i zwrócił się do mnie:
- Dobry wieczór, panno Brown. Czy zawołać taksówkę?
- Nie dziękuje Paul. - Zakołysałam się na piętach sportowych butów. - Przejdę się
- Ochłodziło się nieco. Dobra pogoda na spacer - uśmiechnąłem się.
- Ktoś poradził mi, żebym korzystała z czerwcowej pogody, zanim upał stanie się nieznośny
- Bardzo dobra rada, panno Brown.
Wychodząc spod szklanego daszka nad wejście, który współgrał w pewien sposób z wiekiem tego budynku i sąsiednich, rozkoszowałam się względną ciszą i spokojem mojej trzypasmowej ulicy, aż dotarłam do skrzyżowania, gdzie porwał mnie gwar i ruch na Broadwayu, Miałam nadzieję, że pewnego dnia wtopię się całkowicie w ten tłum, ale na razie ciągle czułam się jak typowy nowojorczyk z awansu. Miałam wprawdzie adres i posadę, ale wciąż bałam się korzystać z metra i nie mogłam opanować sztuki łapania taksówek. Teraz próbowałam nie leźć z wytrzeszczonymi gałami, rozkojarzona niczym prowincjuszka, ale nie wychodziło mi to najlepiej. Wokół było tak dużo do oglądania i spróbowania. Manhattan atakował zmysły bezpardonowo i ze wszystkich stron - odór spalin mieszał się z niewiele lepszą wonią jedzenia z ulicznych wózków, krzyki handlujących z ręki walczyły o lepsze z instrumentami rozpaczliwych grajków, fascynujący i trochę straszny w swej różnorodności korowód twarzy, stylów i akcentów, przytłaczające cuda.. i te samochody. Boże. Oszalały potok ciasno upchanych samochodów nie przypominał niczego, co wcześniej widziałam. Co chwilę jakaś karetka, samochód policyjny albo wóz strażacki próbowały z rozdzierającym uszy elektronicznym zawodzeniem syreny desperacko sforsować potok żółtych taksówek. Grozą napawał mnie widok wielkich niezdarnych śmieciarek manewrujących po wąziutkich jednokierunkowych ulicach, i kurierskich furgonetek które przedzierały się przez ruch uliczny na granicy stłuczki, by dotrzymać nierealistycznych terminów. Prawdziwi nowojorczycy przemierzali ten chaos swobodnie, oswojeni ze swoim miastem jak z parą starych wygodnych butów. W widoku pary buchającej ze studzienek i otworów wentylacyjnych nie dostrzegli niczego romantycznego. Nawet nie mrugnęli gdy huczące wagoniki metra przejeżdżają pod ziemią, a płyty chodnikowe drżały pod ich stopami podczas gdy ja szczerzyłam się jak idiotka i podkurczałam palce od stup. Nowy Jork był dla mnie zupełnie nową przygodą miłosną. Miałam wciąż oczy w słup, i to było widać. Na prawdę musiałam się postarać, by wyglądać na wyluzowaną, gdy zmierzałam do budynku, w którym następnego dnia miałam zacząć pracę. Przynajmniej jeśli chodzi o posadę udało mi się postawić rodzicom. Chciałam zarabiać na życie dzięki własnym kwalifikacjom i umiejętnościom, a to oznaczało pozycję na samym dole hierarchii, przeznaczoną dla absolwentów. Począwszy od jutrzejszego ranka miałam być asystentką Harrego Stylesa w Waters & Leaman, jednej z przodujących agencji reklamowych w Stanach Zjednoczonych. Mój ojczym mega finansista Richard Stanton, był wyraźnie zirytowany, gdy dostałam tę robotę, wytykając mi że, gdyby nie moje niedorzeczne poczucie dumy, mógłby załatwić mi o wiele bardziej konkretne zajęcie u swego przyjaciela.
- Jesteś uparta jak twój ojciec - zauważył. - Z policyjną pensją wieki zajmie mu spłacenie twojego kredytu studenckiego.
Stanton nawiązywał do głównego konfliktu między nim a moim tatą, który nie chciał dać za wygraną.
- Prędzej zdechnę, niż pozwolę, by obcy facet płacił za edukację mojej córki - zapewnił.
Victor Reyes, gdy Stanton złożył tę ofertę. Szanowałam jego nazwisko. Podejrzewałam, że Stanton również, ale oczywiście nigdy by się do tego nie przyznał. Ja z kolei rozumiałam podejście i jednego, i drugiego. Obaj dobitnie dali mi do zrozumienia, że upieranie się, bym spłaciła kredyt sama, było walką z wiatrakami. Ojciec traktował to jak sprawę honoru. Moja matka odmówiła wyjścia za niego, lecz on stanowczo upierał się, żeby być moim tatusiem w każdy możliwy sposób. Wiedząc że nie ma sensu szarpać sobie nerwów dawnymi frustracjami, skupiłam się na dotarciu do przyszłej pracy najszybciej jak się da. Celowo na przebycie tej trasy wybrałam godzinę szczytu w poniedziałkowe popołudnie i byłam bardzo zadowolona że udało mi się dotrzeć do wieżowca Payneblack, w którym mieściła się siedziba Waters Field & Leaman, w czasie krótszym niż pół godziny. Zadarłam głowę i ogarnęłam wzrokiem ogromny budynek od podstaw aż po wąską wstęgę nieba. Biurowiec Payneblack był na prawdę imponujący - z gładką mieniącą się odcieniem szafiru iglicą, która przebijała obłoki. Z moich poprzednich wizyt w budynku podczas rozmów kwalifikacyjnych zapamiętałam, że bogato zdobione drzwi obrotowe w miedzianej oprawie prowadzą do wnętrza równie spektakularnego, z marmurowymi podłogami i ścianami przeplatanymi złotymi nitkami, z blatem stanowiska ochrony ze szczotkowanego aluminium i rzędami bramek kontrolnych. Wyciągnęłam nowy identyfikator z wewnętrznej kieszonki spodni i pomachałam nim przed dwoma ochroniarzami w ciemnych garniturach stojącym przy recepcji. Zatrzymali mnie mimo wszystko, prawdopodobnie dlatego, że byłam ubrana nie dość elegancko, ale po chwili pozwolili mi wejść. Gdy dotrę do windy na 20 piętro, będę wiedziała w przybliżeniu, ile zajmuje mi pokonanie całej trasy od drzwi mieszkania do drzwi nowego biura. Zaraz padnie wynik. Już kierowałam się w stronę wind, gdy nagle smukła elegancka brunetka zaczepiła paskiem od torebki o kołowrotek bramki kontrolnej. Zamek torebki puścił i wysypał się z niej deszcz monet, które potoczyły się beztrosko po marmurowej posadzce. Patrzyłam, jak inni pracownicy pokonywali slalomem ten chaos i biegali dalej, udając że nic nie zaważyli. Zrobiło mi się żal kobiety, więc przykucnęłam, by pomóc jej pozbierać rozsypane pieniądze. Dołączył do mnie jeden z ochroniarzy.
- Dziękuje - powiedziała, rzucając mi szybki udręczony uśmiech. Odwzajemniłam go mówiąc :
- Nie ma sprawy. Mnie też się to zdarza.
Przykucnęłam, by dosięgnąć pięciocentówki leżącej obok wyjścia, gdy na mojej drodze stanęła para luksusowych czarnych oksfordów, na które opadły nogawki szytych na miarę czarnych spodni. Czekałam, aż mężczyzna zejdzie mi z drogi. Kiedy stało się jasne że nie zamierza się ruszyć, odgięłam się do tyłu, by go zobaczyć. Już sam widok eleganckiego szytego na zamówienie trzyczęściowego garnituru sprawił, że moje serce zabiło szybciej, a świadomość kryjącego się pod nim wysportowanego ciała zmieniła i tak szybkie tempo w szaleńczy galop. Szczupła, a za razem muskularna sylwetka mężczyzny emanująca energią i witalnością, sprawiła że zrobiło mi się gorąco, ale dopiero gdy moje oczy spoczęły na jego twarzy, zostałam całkowicie rozłożona na łopatki. Łał. Właśnie tyle i aż tyle. Łał. Mężczyzna zgrabnie przykucnął na przeciwko mnie. Mając przed sobą to ucieleśnienie męskości, mogłam tylko patrzeć. W olśnieniu. Poczułam nagle że coś się zmieniło że zadziałała między nami jakaś mistyczna siła. Kiedy odwzajemnił moje spojrzenie, wyraz jego twarzy był inny.. Jakby niewidzialna maska zsunęła mu się z oczu, ukazując palącą siłę woli, zdającą się wysysać powietrze z moich płuc. Intensywny magnetyzm, którym emanował, stawał się coraz bardziej odczuwalny. Miałam wrażenie, że ta wibrująca, niesłabnąca energia, która go otaczała, była niemal namacalna. Reagując czysto instynktownie, odsunęłam się do tyłu. I... wylądowałam na tyłku. Moje łokcie aż jęknęły od gwałtownego kontaktu z marmurową posadzką, lecz ledwie poczułam ten ból. Byłam zbyt pochłonięta gapieniem się, zahipnotyzowana widokiem mężczyzny przede mną. Brązowe lśniące włosy okalały zapierającą dech w piersiach, twarz której struktura kostna kazała by każdemu rzeźbiarzowi załkać ze szczęścia. Mocno zarysowane usta, prosty nos i intensywnie brązowe oczy czyniły go dziko pięknym. Jedynie te oczy były lekko przymrużone, poza tym rysy twarzy pozostawały w bezruchu. Zarówno garnitur jak i koszula były czarne, ale krawat został perfekcyjnie dobrany do oczy, bystrych i taksujących, które teraz wwiercały się we mnie. Moje serce przyspieszyło, usta rozchyliły się, by nadążyć za oddychaniem.
---------------------------------------------------
Okej to pierwszy rozdział mam za sobą, mam nadzieje że się podoba i będziecie śledzić dalsze losy Sam Brown. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nie chce przynudzać. Jedyne o co proszę to o komentarze :)
Zapowiada się fajnie:)
OdpowiedzUsuńto dopiero pierwszy rozdział, w dalszych będzie się działo o wiele wiele więcej :)
Usuńsuper rozdział:) A kiedy dodasz następny?
OdpowiedzUsuńmiałam zamiar jeszcze dziś :))
UsuńMogłabyś dodać bohaterów? Bo wtedy lepiej się czyta jak się wie kto jak wygląda:D Pierwszy rozdział robi wrażenie, będę czekać na następny.
OdpowiedzUsuńtak właśnie szukam odpowiednich zdjęć :)
UsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńfajnie się zapowiada :) Jestem ciekawa co będzie dalej
OdpowiedzUsuńto pierwsze rozdziały to będą takie beznadziejne ale dalej to będzie coś :D
UsuńPoczątek nawet nawet :) Czekam na kolejny ♥
OdpowiedzUsuńPs. Super tło!
Jak już pisałam początek nudny... ale będzie lepiej i dziękuje ale to nie ja je robiłam :)
UsuńFajny pierwszy rozdział, trochę nudny, ale to początek mam nadzieje że będą lepsze :)
OdpowiedzUsuńbędą nie martw się :)
UsuńZapowiada się spoko, lecz jak dla mnie zbyt mało akcji. Mały minus c: Tak to super. Mam nadzieję, że przeczytasz też mój blog. Pozdrowienia :) x
OdpowiedzUsuńhttp://dark-fanfiction-liam-payne.blogspot.com/ zapraszam do mnie na Dark o Liami'e :)
Później będzie więcej akcji przysięgam :)
OdpowiedzUsuńOczywiście że wejdę na twojego bloga <3
rozdział świetny ciekawa jestem co będzie dalej...?
OdpowiedzUsuńczekan na next
pierwsze rozdziały nie będę takie super ciekawe ale później będzie nie źle :)
UsuńDodaj dzisiaj rozdział:)
OdpowiedzUsuńPrzepraszam że dopiero dziś ale wczoraj nie miałam prądu :(
UsuńDodaj kolejny
OdpowiedzUsuńjuż jest :)
Usuń